Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja twarzy. Pokaż wszystkie posty
środa, 20 lutego 2013
Żel i płyn micelarny BeBeauty
Dzisiaj post o blogowych hitach - żelu i płynie micelarnym z Biedronki. Zapewne większości z Was znudziły się już notki o tych produktach, ale może dacie radę przeczytać jeszcze jedną.
Najpierw o żelu micelarnym ze strony BeBeauty:
Hypoalergiczny preparat w postaci żelu micelarnego delikatnie oczyszcza wrażliwą skórę twarzy i oczu. Struktury micelarne zapewniają niezwykle wysoką skuteczność oczyszczania, dokładnie usuwają makijaż i zanieczyszczenia nie naruszając bariery hydrolipidowej naskórka. Zawarty w preparacie d-panthenol zapewnia naturalny poziom nawilżenia, łagodzi podrażnienia oraz przynosi uczucie natychmiastowego ukojenia. Skóra staje się gładka i czysta. Odzyskuje uczucie świeżości i komfortu.
źródło: www.bebeautycare.pl
Cena: 5 zł
Pojemność: 150 ml
Od dawna wykreśliłam ze swojej pielęgnacji wszelkie żele z SLS-em (do tej pory nie mogę zrozumieć jak przez kilka lat mogłam katować moją skórę preparatami do mycia skóry problemowej, które tylko pogarszały sytuację wysuszając i powodując wzmożoną produkcję sebum). Teraz oczyszczam twarz głównie płynami micelarnymi, ale także olejkami hydrofilnymi lub żelami bez drażniących składników.
Żel BeBeauty od razu zwrócił moją uwagę w Biedronce, chociaż zakupiłam go dopiero po pierwszej fali internetowych zachwytów. Ma konsystencję kisielu (kiślu? nigdy nie wiem), jest przezroczysty i odrobinę lepkawy. Pachnie oryginalnie, delikatnie, coś jak jagody pomieszane z budyniem, kojarzy mi się z zapachem limitowanego żelu pod prysznic 'Borówka i wanilia' z Alterry (pisałam o nim tutaj). Podoba mi się, chociaż kłóci się to z ideą kosmetyku hypoalergicznego, który powinien być raczej bezzapachowy.
Żel praktycznie się nie pieni, co jest dla mnie ogromnym plusem, ale osobom przyzwyczajonym do drogeryjnych żeli może to przeszkadzać. Nie potrzeba go wiele, by dobrze oczyścić twarz z zanieczyszczeń - mnie wystarcza porcja wielkości laskowego orzecha. Jeśli chodzi o mycie twarzy nie mam do niego zastrzeżeń pod względem skuteczności, jednak zupełnie nie nadaje się do oczu. Makijaż potwornie się rozmazuje, zarówno ten wyjściowy jak i codzienny, pozostaje na powiekach i wokół nich w postaci ciemnego kleksa. Do tego oczy po użyciu preparatu okropnie szczypią, są zaczerwienione i podrażnione, a nie mam ich jakoś specjalnie wrażliwych. Podsumowując - zmywając makijaż oczu tym żelem wyglądam jak zapłakana panda z czarnymi podkówkami.
Jestem przeczulona na punkcie ściągania i wysuszania twarzy przez wszelkie preparaty oczyszczające i niestety żel BeBeauty powoduje u mnie w tej kwestii lekki dyskomfort. Myślę, że dla większości osób będzie odpowiedni, jednak doradzałabym ostrożność w przypadku suchych cer (ja mam tłustą i odczuwam odrobinę ściągnięcia po myciu).
Opakowanie wygodne, higieniczne i o przyjemnej estetyce. Tubę stawia się na zakrętce i szczególnie pod koniec używania nie trzeba męczyć się z wyciskaniem preparatu. Cena świetna jak to zwykle bywa przy produktach Be Beauty.
Nie jest to zły żel, chociaż nie podzielam zachwytów większości. Moim zdaniem nieporównywalnie lepiej spełniają swoje zadanie np. olejki myjące z Biochemii Urody - łagodnie oczyszczają zarówno twarz jak i oczy (o olejku myjącym 'Drzewo herbaciane' pisałam tutaj). Zużyję oczywiście do końca, ale nie przewiduję ponownego zakupu.
Na drugi rzut opiszę płyn micelarny. Pomimo tego, że już od dawna jest w sprzedaży nie ma o nim jeszcze informacji na stronie BeBeauty. Zacytowane poniżej obietnice producenta pochodzą z opakowania produktu:
Delikatnie oczyszcza wrażliwą skórę twarzy oraz oczu z makijażu, także wodoodpornego oraz zanieczyszczeń. Pełni funkcję toniku, działa łagodząco i odświeżająco. Przywraca komfort czystej skóry bez uczucia ściągnięcia.
Cena: 4,50 zł
Pojemność: 200 ml
Przetestowałam już sporo płynów micelarnych, w większości z niższej półki cenowej. Ponieważ to jeden z produktów, który zużywam w dużych ilościach na bieżąco, ciągle szukam ideału o jak najniższej cenie. Płyn BeBeauty wydawał się więc perfekcyjnym kandydatem.
Pachnie dość intensywnie zieloną herbatą i chociaż nie znoszę tego zapachu w przypadku kosmetyków typu żel do mycia czy balsam do ciała, to w płynie BeBeauty wyjątkowo mi pasuje. Jest niezwykle orzeźwiający (złamany trochę aromatem kwiatowym), co przy porannej toalecie jest jak najbardziej wskazane. Z drugiej strony płyn BeBeauty jest rekomendowany (podobnie jak żel) jako produkt przeznaczony dla skóry wrażliwej i hypoalergiczny, więc trudno zrozumieć dlaczego jest tak mocno naperfumowany.
Oczyszcza skutecznie, ale nie idealnie i czasem przy mocniejszym makijażu muszę użyć kilku wacików, by pozbyć się wszystkich resztek. Przy porannym oczyszczaniu wystarcza mi tylko jeden płatek z płynem, więc nie jest źle. Odświeża rewelacyjnie, choć w moim odczuciu nie działa nawilżająco tak jak tonik i zawsze po zastosowaniu tego płynu używam dodatkowo hydrolatu.
Skóra po przemyciu płynem nie lepi się, jest świeża i oczyszczona. Używałam tego płynu w duecie z żelem micelarnym i zauważyłam, że twarz z czasem stała się bardziej wysuszona - musiałam wspomagać się nawilżającymi maseczkami i tłustszym kremem. Nie wiem, czy to tylko "zasługa" żelu micelarnego czy także płynu.
Do oczu jest świetny - rozpuszcza i dokładnie oczyszcza powieki z wszelkiego makijażu. Przy mocnejszym trzeba oczywiście użyć dwóch wacików, ale naprawdę rzadko spotyka się płyn micelarny o takiej skuteczności w zmywaniu make-upu ocznego. Nie spowodował u mnie żadnego podrażnienia ani szczypania. W tej roli wolę jednak mimo wszystko płyny dwufazowe, bo przyzwyczajona jestem do tłustej powłoczki wokół oczu, a po tym płynie mam niestety uczucie lekkiego ściągnięcia.
Butelka jest świetna! Nieduża, poręczna i estetycznie wykonana. Na największą uwagę zasługuje genialnie zaprojektowany dozownik - wystarczy tylko lekko nacisnąć, a klapka odchyla się i uwalnia otwór dozujący. Dzięki temu zaoszczędzamy trochę czasu, szczególnie w porannym pośpiechu. Dziurka jest co prawda nieco za szeroka, ale szybko można się przyzwyczaić, by nie wylewać przez nią zbyt dużo płynu.
Cena naprawdę niska - nie wiem, czy można gdzieć kupić jeszcze tańszy płyn micelarny (choć możliwe, że jakimś markecie). Wydajność tego płynu jest jednak nieco słabsza niż innych używanych przeze mnie dotychczas.
Moja opinia wyrażona najprościej to: dobre, tanie, ale bez szału.
piątek, 1 lutego 2013
Acnefan - mój superinteligentny pogromca pryszczy
Jako, że zmagam się z problemową cerą już od końca podstawówki, przetestowałam przez ten czas niezliczone ilości preparatów punktowych i kremów na trądzik. Zwykle rozstawałam się z nimi po pierwszym zakupie, często nawet nie zużywając całego opakowania. Większość była nieskuteczna lub działająca na tyle słabo, że nie spełniała moich oczekiwań. Bywały też i takie preparaty, które wyrządziły więcej szkody niż pożytku.
Jednym z niewielu produktów przeciwtrądzikowych, które zagościły u mnie na dłużej jest krem do cery trądzikowej Acnefan firmy Asa, który służy do stosowania miejscowego. Zanim opiszę moje doświadczenia z tym preparatem, słowo od producenta:
Krem do pielęgnacji cery trądzikowej. Preparat o podwójnym działaniu: wysuszającym i ściągającym. Zmniejsza skłonność do powstawania ropnych wykwitów i grudek. Ma właściwości wysuszające i ściągające.
Wskazania:
• do pielęgnacji skóry ze skłonnością lub objawami trądziku,
• zmniejsza skłonność do powstawania ropnych wykwitów,
• likwiduje grudki, delikatnie wysusza wykwity zapobiegając zmianom ropnym,
• zmniejsza zaczerwienienie skóry w miejscu wykwitów.
źródło: www.asa.eu
Cena: 14 zł
Pojemność: 25 ml
Nie jest to produkt o żelowej, wchłanialnej konsystencji, który możemy użyć rano i ukryć pod makijażem. Nadaje się tylko do stosowania na noc, ewentualnie w ciągu dnia, pod warunkiem, że mamy uodpornionych na widok naszej buzi w białych plackach domowników i nie spodziewamy się gości.
Acnefan ma biały kolor, jest dość rzadki, przez co łatwo przesadzić z ilością dozowanego kremu, szczególnie na początku używania. Przed wyciskaniem trzeba koniecznie wstrząsnąć tubką, bo lubi się rozwarstwiać i wypluwać ze środka najpierw wodę. Po aplikacji przez dłuższy czas krem pozostaje "mokry" i łatwo go rozmazać, później zasycha tworząc skorupkę (jego zachowanie można porównać do zasychającej pasty do zębów). Pachnie specyficznie, ziołowo-kamforowo, podobnie do olejku herbacianego, tak powiedzmy ... aptecznie.
Nie jest to więc krem marzeń, jeśli chodzi o wygodę i przyjemność stosowania, natomiast jeśli chodzi o działanie - dla mnie nie ma sobie równych.
Podejrzewam, że w kremie jest jakaś inteligentna formuła, która rozpoznaje z jakim pryszczem ma do czynienia i odpowiednio działa (używam sformułowania "inteligentna formuła" zupełnie świadomie, choć zdaję sobie sprawę, że jest na poziomie tekstu reklamowego odżywki Pantene, która "scala rozdwojone końcówki"). Po zastosowaniu Acnefana wykwity ropne powiększają się, ściągają i wyłażą na wierzch, gojące pryszcze przysuszają się i znikają, świeże przebarwienia potrądzikowe rozjaśniają się i kolorytem zrównują ze skórą dookoła, a podskórne gule wyraźnie się zmniejszają (te naprawdę oporne wymagają jednak 2-3 aplikacji do całkowitego zniknięcia). Jednym słowem - to prawdziwy czarodziej.
Z naturalnych składników mamy tu rumianek, nagietek i olejek z drzewa herbacianego. Ten ostatni szczególnie dobrze wpływa na moje zmiany pryszczowe - stosuję czasami solo olejek z drzewa herbacianego The Body Shop albo jego tańszy zamiennik.
Wcześniej kupowałam Acnefan w innym opakowaniu, te nowe podoba mi się znacznie bardziej. Jest nie tylko przyjemniejsze graficznie, ale i bardziej solidne, szersze i wykonane z grubszego plastiku. Przy poprzednim opakowaniu zdarzyło mi się, że złamał się dozownik u nasady, a normą było już pękanie w poprzek tubki. Musiałam przeciskać preparat do słoiczka albo kleić taśmami. Nowe mam od ponad miesiąca i nie wygląda na to, by miało się jakoś zniszczyć.
Cena jak na taką pojemność jest bardzo korzystna. Preparaty punktowe mają zazwyczaj po 15 ml, a Acnefan aż 25 ml. Kiedyś miałam znacznie więcej problemów z trądzikiem i zużywałam opakowanie w dwa miesiące, teraz starcza mi nawet na ponad pół roku. Nie kupimy go w drogeriach, ale jest dostępny w większości aptek.
Przy Acnefanie można oczywiście ponarzekać na utrudnioną aplikację i wygląd jak podczas ospy, ale to wszystko przestaje mieć znaczenie, gdy pryszcze znikają podczas jednej nocy! Polecam go serdecznie zarówno tym, którzy zmagają się z zaawansowanym trądzikiem (choć wiadomo, że sam preparat punktowy nie wystarczy i tu zapraszam do lektury posta o kremach Niszcz Pryszcz), jak i tych o nieskazitelnej cerze, którym co jakiś czas wyskoczy coś nieproszonego.
piątek, 7 grudnia 2012
Peeling enzymatyczny z bioenzymami i algami morskimi Apis Professional
Wieki temu zrezygnowałam już z peelingów mechanicznych do twarzy. Przy mojej problemowej cerze nie są one wskazane, gdyż podczas użycia peelingu ścierającego bakterie bardzo łatwo się roznoszą, co skutkuje pogorszeniem stanu cery. Peelingi z drobinkami nie są też odpowiednie dla skóry wrażliwej czy naczynkowej ze względu na to, że za bardzo ją podrażniają.
Idealnym rozwiązaniem wydają się być peelingi enzymatyczne i rzeczywiście dla mnie są idealne. Pozbywamy się martwego naskórka, wygładzamy cerę, a jednocześnie nie maltretujemy jej zanadto.
Dzisiaj przedstawię mojego absolutnego faworyta w tej kategorii - peeling enzymatyczny z bioenzymami i algami morskimi firmy Apis z serii Professional. Zdaje się, że jest to seria do salonów kosmetycznych, a nie dla zwykłych śmiertelników, jednak bez problemu możemy zakupić produkt na allegro.
Najpierw opis producenta:
Łagodnie działający preparat do oczyszczania skóry bez jej mechanicznego złuszczania. Zrogowaciała warstwa naskórka usuwana jest przez delikatne enzymatyczne złuszczanie martwych komórek dzięki bioenzymom keratolitycznym. Peeling zawiera ponadto ekstrakt z alg morskich, alantoinę, wyciągi z grejfruta, drzewa herbacianego, aloesu, ginko biloba. Po zabiegu skóra odzyskuje naturalny blask, jest gładsza i bardziej elastyczna, łatwiej przyswaja substancje zawarte w kosmetykach.
źródło: www.maxel-cosmetics.pl
Cena: 21 zł
Pojemność: 100 ml
Peeling ma bardzo przyjemną, leciutką, kremową konsystencję. Powiedziałbym nawet, że taką kremowo-żelową. Pachnie specyficznie - odświeżająco, z jakąś nutą mułowo-bagienno-algową. Może nie brzmi to zachęcająco, ale o dziwo naprawdę lubię ten zapach (a w tej kwestii bywam często wybredna).
Nakładam go dość grubą warstwą, masuję skórę przez kilka minut - w zasadzie aż nie opadną mi ręce z przemęczenia. Zostawiam preparat na twarzy na 7-10 minut, a następnie zmywam letnią wodą.
Peeling po aplikacji nie powoduje u mnie żadnego nieprzyjemnego szczypania czy pieczenia. Jest naprawdę łagodny, niekiedy odczuwam tylko delikatne mrowienie. Nigdy mnie nie podrażnił, nie spowodował zaczerwienienia skóry.
Efekty? Dla mnie niesamowite! Po zmyciu skóra jest idealnie złuszczona, oczyszczona, wygładzona, lekko rozjaśniona, miękka, a do tego głęboko nawilżona. Peeling Apis działa moim zdaniem nie tylko jak peeling, ale jak peeling i maseczka nawilżająca 2 w 1. Patrząc na bogaty skład jeszcze bardziej się w tym utwierdzam.
Dzięki temu kosmetykowi skóra przygotowana jest na wchłonięcie większej ilości składników aktywnych, dlatego zawsze po zabiegu nakładam na twarz moje ulubione oleje, żeby jeszcze mocniej ją odżywić.
Opakowanie proste, bez udziwnionych grafik. Buteleczka mała, poręczna, z higienicznym dozownikiem posiadającym blokadę (dzięki temu nic nam się nie wyleje do kosmetyczki podczas wyjazdu).
Cena do przyjęcia jak na produkt z linii profesjonalnej o tak dobrym działaniu. Jedyne nad czym ubolewam to krótki okres przydatności - według oznaczenia na opakowaniu jest ważny tylko 4 miesiące od otwarcia. Biorąc pod uwagę to, że peelingu używam nie częściej niż raz na 2-3 tygodnie, nie zdążyłabym w tym czasie zużyć nawet połowy preparatu. Obecny egzemplarz mam około pół roku - na razie nic się z nim nie dzieje niepokojącego, ale pewnie niedługo będę musiała się go pozbyć, chociaż zużyć do końca nie dam rady. Najlepiej zakupić peeling z kimś na spółkę albo używać w gronie rodzinnym, wtedy jest szansa, że nic się nie zmarnuje.
poniedziałek, 22 października 2012
Płyny micelarne: Delia Dermo System vs Eveline Hydra Expert
Płyn micelarny to kosmetyk, z którym zaczynam każdy dzień. Używam go właśnie do porannego przemywania twarzy, a czasem także jako produkt do demakijażu. Testowałam już wiele płynów, szczególnie polskich marek, wśród których mam kilku ulubieńców. Dzisiaj opiszę dwa płyny: Delia Dermo System, który dostałam w blogboxie oraz Eveline Hydra Expert (musiałam wypróbować).
W pierwszej kolejności recenzja płynu Delia. Najpierw opis producenta:
Bezzapachowy kosmetyk o nowoczesnej formule do łagodnego i dokładnego demakijażu oraz codziennej pielęgnacji oczu, twarzy i dekoltu. Oparty na łagodnych środkach powierzchniowo-czynnych wiążących nadmiar sebum, przywraca równowagę wodno-tłuszczową skóry.
Składniki aktywne
• ekstrakt z ryżu, pantenol i alantoina, dynamicznie wspomagają proces odnowy komórkowej, działają kojąco i łagodzą podrażnienia
• naturalna betaina, dzięki niezwykłym właściwościom wiązania wody, zapewnia optymalny poziom nawilżenia skóry, wpływając na poprawę jej elastyczności i jędrności. Niweluje efekt ściągnięcia skóry.
Pojemność: 210 ml
Cena: 7 zł
To niewątpliwie jeden z najtańszych, dostępnych na rynku płynów micelarnych, w promocji można go dostać nawet za ok. 6 zł. W dodatku ma nieco większą pojemność niż standardowa, bo 210 ml. Niestety dla mnie zalety kosmetyku na tym się kończą.
Bardzo mocno się pieni, nie tylko w butelce, ale też na waciku. Po wylaniu odrobiny na płatek kosmetyczny mam wrażenie jakbym potarła go przed chwilą mydłem. Resztki lekkiej pianki pozostają też po użyciu na twarzy, co powoduje u mnie dyskomfort. Konieczne jest więc zastosowanie toniku do usunięcia pozostałości po Delii. Absolutnie nie jest bezzapachowy, a delikatnie, trochę mydlano naperfumowany.
Jako poranny oczyszczacz twarzy radził sobie nie najgorzej - usuwał sebum i nocne zanieczyszczenia skóry, ale z demakijażem było już kiepsko. Trzeba użyć kilku płatków, by dobrze usunąć makijaż, który pod wpływem płynu wolno się rozpuszcza. Nie pielęgnuje jakoś szczególnie skóry, nie zauważyłam większego nawilżenia, ale też muszę przyznać, że nie ściąga skóry jak niektóre micele. Zupełnie odradzam stosowanie do oczu! Za każdym razem spowodował u mnie dotkliwe podrażnienia, szczypanie i łzawienie.
Wściekałam się też na zakręcaną butelkę, która jest bardzo niewygodna - traci się przez jej odkręcanie dużo czasu, co szczególnie w porannym pośpiechu ma dla mnie znaczenie. Chociaż płyn ma znacznie więcej wad niż zalet, to nie wykluczam jego zakupu w czasie finansowego kryzysu. Głównie używam tego typu kosmetyków do oczyszczania twarzy rano, a z tym jako tako sobie poradził (makijaż zmywam najczęściej olejkiem myjącym, a oczy płynem dwufazowym). Może po przelaniu do innego dozownika bardziej bym go polubiła. Odradzam jednak zakup w celu stosowania do demakijażu, a oczu w szczególności.
Drugi płyn to moje prawdziwe odkrycie, ale po kolei. Najpierw obietnice producenta:
Płyn micelarny do oczyszczania i demakijażu oczu, twarzy i szyi 3 w 1
Hipoalergiczny - nie zawiera kompozycji zapachowej.
Płyn micelarny dzięki lekkiej formule bogatej w składniki nawilżające i łagodzące daje uczucie natychmiastowego ukojenia skóry.
Micele – cząsteczki, które skutecznie usuwają zanieczyszczenia i makijaż
(nawet wodoodporny) z powierzchni skóry. Ekstrakt z orchidei – jest
naturalnym źródłem energii dla komórek skóry, zapewniając jej witalność,
jędrność i blask. Kwas hialuronowy – silnie nawilżająca, naturalna
substancja nadaje skórze miękkość, elastyczność i jedwabistą gładkość.
Algi laminaria – sole mineralne zawarte w algach wzmacniają strukturę
szkieletu skóry, czyniąc ją sprężystą i jędrną. Kompleks witamin A+E+F –
głęboko odżywiają i regeneruje skórę, zapewniając jej elastyczność.
D-pantenol – wpływa na prawidłowy proces regeneracji komórek skóry;
działa łagodząco i przeciwzapalnie.
Cena: 10 zł
Miałam już kilka miceli od Eveline i z każdego byłam bardzo zadowolona. Podobnie, a nawet lepiej, jest z płynem z serii Hydra Expert.
Świetnie usuwa wszystkie zanieczyszczenia i sebum, a także bezbłędnie radzi sobie z makijażem. Nie trzeba używać stosu płatków, wystarczy parę ruchów i skóra jest absolutnie czysta. Nadaje się także do demakijażu oczu, bo w przeciwieństwie do płynu Delii nie powoduje podrażnień i łzawienia, a szybko rozpuszcza nawet kilka warstw cieni i tuszu. Nie sprawdzałam jedynie jak zmywa tusz wodoodporny.
Podczas stosowania płyn daje wyjątkowe uczucie odświeżenia (uwielbiam za to micele Eveline), wręcz lekkiego, przyjemnego mrowienia. Po wyschnięciu zostawia skórę trochę lepką, ale dla mnie to nie wada, bo i tak za chwilę nakładam krem lub używam hydrolatu. Nie powoduje uczucia ściągnięcia. Przy regularnym stosowaniu zauważyłam, że skóra jest dzięki niemu lepiej nawilżona, napięta i jędrna. Uważam, że w zupełności może zastąpić w pielęgnacji produkty takie jak tonik i mleczko do demakijażu.
Butelka smukła, estetyczna, nie zajmuje wiele miejsca na półce, a przy tym wygodnie otwiera się na zatrzask. Cena niewygórowana, wydajność standardowa. Myślę, że przy kolejnych zakupach płynu micelarnego wybiorę go ponownie z oferty Eveline. Polecam!
niedziela, 5 sierpnia 2012
Pianka myjąca do twarzy i oczu Lirene Design Your Style 20+
Piankę otrzymałam od marki Lirene na zjeździe blogerek w Warszawie. Przyznam, że wcześniej nie używałam żadnej pianki do oczyszczania i demakijażu twarzy, więc chętnie zabrałam się za testy.
Najpierw obietnice producenta:
Wyrafinowane oczyszczanie: miękka jak puszek bawełny, piankowa
konsystencja to niezwykła przyjemność dla skóry twarzy. Składniki
oczyszczające i pielęgnujące zapewnią skuteczny demakijaż, odpowiedni
poziom nawilżenia i ochrony.
Podstawa skuteczności:
• olejek bawełniany - odżywia, zmiękcza i odbudowuje naturalną warstwę lipidową
• wyciąg ze słonecznika - zabezpiecza skórę przed szkodliwym działaniem wolnych rodników
• gliceryna - nawilża głębokie warstwy naskórka
Widoczny efekt:
oczyszczona i odświeżona skóra
Idealna formuła dla:
kobiet po 20 roku życia; dla każdego rodzaju cery
Cena: ok. 16 zł
Pojemność: 150 ml
źródło: www.lirene.pl
Podstawa skuteczności:
• olejek bawełniany - odżywia, zmiękcza i odbudowuje naturalną warstwę lipidową
• wyciąg ze słonecznika - zabezpiecza skórę przed szkodliwym działaniem wolnych rodników
• gliceryna - nawilża głębokie warstwy naskórka
Widoczny efekt:
oczyszczona i odświeżona skóra
Idealna formuła dla:
kobiet po 20 roku życia; dla każdego rodzaju cery
Cena: ok. 16 zł
Pojemność: 150 ml
źródło: www.lirene.pl
Do oczyszczania i demakijażu twarzy używam głównie dwóch produktów - płynu micelarnego (na blogu recenzowałam już kilka m.in. Eveline, Yves Rocher, Ziaja) oraz olejku hydrofilnego (tutaj recenzja olejku z Biochemii Urody). Poza tym rzadko skuszę się na inną formę oczyszczania, od dawna nie miałam żadnego żelu do twarzy czy specjalistycznego mydła. Pianka Lirene była więc dla mnie zupełną nowością w pielęgnacji.
Produkt wyglądem przypomina piankę do włosów, a nawet bardziej bitą śmietanę w sprayu. Do jednorazowego zastosowania kosmetyku wystarczy wstrząsnąć opakowaniem i delikatnie nacisnąć aplikator. Pianka wydostaje się z opakowania w zawrotnym tempie, więc trudno jest wycisnąć mniejszą ilość niż tę widoczną na zdjęciu.
Pianka jest błyskawiczna i przyjemna w użyciu. Wystarczy dosłownie dotknąć delikatnym "obłoczkiem" (konsystencja cudowna!) do twarzy i spłukać. Nie potrzeba pocierania i mydlenia jak przy produktach myjących typu żel czy mydło. Ogromna oszczędność czasu oraz wyraźna ulga dla skóry.
Po zastosowaniu pianki buzia jest dokładnie oczyszczona i gładka. Mam cerę tłustą i problemową, nie każdy kosmetyk do oczyszczania sobie z nią radzi, ale pianka Lirene naprawdę spisuje się świetnie bez względu na to czy zmywam jedynie lekki brud czy kilka warstw podkładu i pudru. W żadnym wypadku nie podrażnia. Niestety odrobinę ściąga skórę, choć producent zapewnia że pianka zapobiega ściągnięciu i wysuszeniu twarzy. No właśnie, z tym wysuszeniem to też nie do końca się zgadza. Trudno, żeby produkt do oczyszczania miał nawilżać, bo tego oczywiście nie wymagam, ale pianka nie tylko ściąga, ale i odrobinę wysusza. Nie jest to dla mnie dużym problemem, bo mam dobre produkty do nawilżania m.in. hydrolaty (np. oczarowy) i kremy (moje ulubione DLA), jednak cery suche lub skłonne do przesuszeń mogą być rozczarowane. Nie wzmaga na szczęście przetłuszczania mojej problemowej cery, co bardzo sobie cenię.
Według producenta pianka jest przeznaczona także do demakijażu oczu. Faktycznie, kosmetyk usuwa makijaż i to całkiem skutecznie, jednak kiedy preparat dostanie się do oczu powoduje podrażnienie i szczypanie. Spróbowałam tylko raz i niestety o jeden raz za dużo.
Trudno jest oszacować, ile kosmetyku ubyło przez nieprzezroczyste opakowanie. Używam pianki od trzech miesięcy, raz na 1-2 dni i po wadze nie zauważyłam praktycznie ubytku! Mam wrażenie, że przy tym tempie zużywania będzie mi służyć około roku. Cena wysoka jak na produkt do demakijażu i oczyszczania (kojarzę, że inne pianki są jeszcze droższe), ale biorąc pod uwagę wydajność jest jak najbardziej odpowiednia.
Czy kupię ponownie? Trudno powiedzieć. Spisała się dużo lepiej niż się spodziewałam, jednak taka forma demakijażu nie do końca mi odpowiada. Konsystencja pianki nieodłącznie kojarzy mi się z goleniem i przyznam szczerze, że często czuję się niekomfortowo nakładając ją na twarz.
wtorek, 10 lipca 2012
Płyn micelarny Ziaja Ulga dla skóry wrażliwej
Płyn micelarny Ziaja Ulga to kolejny testowany przeze mnie płyn. Micel to u mnie towar deficytowy, który używam i zużywam na potęgę, więc na blogu często będą pojawiać się recenzje tej formy oczyszczania i demakijażu.
Najpierw słowo ze strony Ziai:
Dwufunkcyjny płyn micelarny do demakijażu i oczyszczania każdego rodzaju skóry wrażliwej. Zapewnia bezpieczeństwo stosowania, działa jak kojący kompres, zawiera tylko niezbędne składniki receptury.
preparat hypoalergiczny, bezzapachowy
0% barwników
0% parabenów
0% alkoholu
minimalna bezpieczna ilość konserwantów
przebadany okulistycznie
testowany pod kontrolą dermatologiczną
• Łagodnie usuwa makijaż.
• Delikatnie oczyszcza skórę.
• Zmiękcza naskórek.
• Przywraca naturalne pH
Cena: ok. 7 zł
Pojemność: 200 ml
źródło: www.ziaja.com
Skład: Aqua, Sodium Cocoamphoacetate, Propylene Glycol, Glycerin, Panthenol, Allantoin, Glycyrrhiza Glabra (Licorice) Root Extract, DMDM Hydantoin, Sodium Benzoate, Citric Acid.
Nie mam wrażliwej i alergicznej cery, mimo to lubię testować hypoalergiczne kosmetyki bez barwników i alkoholu w składzie, dlatego zdecydowałam się kupić "Ulgę". Używałam płynu do porannego przemywania twarzy oraz demakijażu po pracy. Jest łagodny, bezzapachowy, nie podrażnia twarzy ani oczu.
Dobrze oczyszcza skórę z makijażu, sebum, kurzu. Pozostawia na twarzy delikatną, prawie niewyczuwalną warstwę. Osoby, którym przeszkadza uczucie lepkości, czy denerwujący film na twarzy, mogą śmiało testować Ulgę. Mnie osobiście trochę brakuje uczucia świeżości przy tym płynie, choć rzeczywiście czuć nawilżenie skóry.
Płyn pieni się na waciku, co wydaje mi się dość dziwne jak na tego typu produkt i budzi nieco wątpliwości.
Dużo wcześniej używałam jeszcze dwóch miceli Ziai: Sopot Spa i z serii Jaśmin. Według mnie są bardzo podobne w działaniu do płynu Ulga, no i mają jedną wspólną cechę - nie radzą sobie z demakijażem oczu. O ile z cieniami jakoś Uldze szło, tak tusz do rzęs jedynie rozmazywała, a nie usuwała. Pozbyć się makijażu z tuszem wodoodpornym czy żelowym eyelinerem przy pomocy Ulgi jest już naprawdę trudno.
Płyn wystarczył mi na niewiele ponad miesiąc stosowania, ale micela używam w dużych ilościach, więc myślę, że normalnie starcza na dłużej. Butelka typowa dla Ziai - minimalistyczna, higieniczna, wygodna, przezroczysta, estetyczna.
Na kilku blogach oraz w katalogu Kosmetyk Wszech Czasów czytałam niepochlebne recenzje o płynie Ulga ze względu na konserwant DMDM Hydantoin (z powodu artykułu na Snobce). Nie dajmy się zwariować. Jeśli kosmetyk zwiera setną procenta nawet najgorszego konserwantu, to raczej nie spowoduje to raka ani przedwczesnego starzenia skóry. Negatywna ocena tylko ze względu na jeden obecny składnik wydaje mi się nieco przesadzona.
Polecam Ulgę do przemywania twarzy, do demakijażu oczu niekoniecznie. Myślę, że jeszcze nie raz sięgnę po różne płyny Ziai, przede wszystkim ze względu na niską cenę. Nieskuteczność w demakijażu oczu mi nie przeszkadza, bo używam miceli głównie do twarzy, do oczu wybieram płyny dwufazowe.
poniedziałek, 2 lipca 2012
Koszmarki minionego czerwca - Lactacyd i płyn dwufazowy Nivea
W czerwcu przyszło mi używać dwóch wyjątkowo nieudanych kosmetyków, o których dziś napiszę parę słów. Na pierwszy ogień - emulsja do codziennej higieny intymnej Lactacyd.
Zapewnienia producenta:
Naturalna ochrona przed podrażnieniami okolic intymnych. Ze względu na zawartość naturalnego kwasu mlekowego, wspomaga naturalne mechanizmy obronne ciała przed zewnętrznymi podrażnieniami okolic intymnych dlatego szczególnie polecana do codziennej pielęgnacji okolic intymnych. Myje i odświeża oraz sprawia, że czujesz się komfortowo. Dostępna również w wariancie z pompką. Nie zawiera mydła. Zawiera kwas mlekowy.
Skład: Aqua, Magnesium laureth sulfate, Disodium laureth sulfosuccinate, Cocamidopropyl Betaine, Głyceryl Laurate, Głycol Distearate, Sodium Laureth Sulfate, Cocamide Mea, Laureth-10, Methyl Isothiazolinone, Methyl Chloro-lsothiazolinone, PEG-7 Głyceryl cocoate, Lactose, Milk Protein, PEG-55 Propylene Głycol Oleate, Propylene Głycol, Phenoxyethanol, Parfume, 5-Bromo-5-Nitro-1, 3-Dioxane, Propylene Głycol, Lactic Acid, Sodium Chloride.
źródło: www.lactacyd.pl
Cena: ok. 12 zł
Pojemność: 200 ml
Generalnie, kiedy mogę kupić polski kosmetyk - kupuję polski. Tak też jest z kosmetykami do higieny intymnej. Do tej pory używałam zamiennie płynów Mincera i Ziai (na blogu pisałam recenzję płynu Ziaja Med: KLIK), z których byłam bardzo zadowolona.
Kiedy czytam o różnych płynach do higieny intymnej na blogach czy forach, w kółko w komentarzach czy dyskusji pojawiają się stwierdzenia "ja używam Lactacyd", "polecam Lactacyd" itd. W radiu, telewizji też tylko Lactacyd i Lactacyd. Pomyślałam - coś w tym Lactacydzie musi być, skoro wszyscy kupują i polecają.
Przebolałam więc wyższą cenę oraz (co przyszło mi z większym trudem) producenta (Glaxo Smith Kline - brytyjski koncern farmaceutyczny, który wykupił akcje Polfy S.A - polskiego producenta leków, w dodatku testujący swoje produkty na zwierzętach) i kupiłam emulsję Lactacyd. Wszystko po to, by przekonać, się czy rzeczywiście jest taka dobra. Spodziewałam się porządnego produktu, jednak bez większych fajerwerków. Niestety, rzeczywistość okazała się być bardziej brutalna.
Emulsja ma kolor perłowy, jest lekko żółtawa i delikatnie (choć nieco sztucznie) pachnie rumiankiem, silnie się pieni. Wydawało mi się, że łagodny płyn do higieny intymnej powinien być raczej przezroczysty i bezzapachowy. Dalej jest już tylko gorzej ...
Od pierwszego użycia się nie polubiliśmy. Lactacyd spowodował potworne pieczenie, dosłownie jakbym się nacierała sproszkowaną papryczką chili (!). Po spłukaniu piany było już lepiej, pieczenie ustało, chociaż nie czułam odświeżenia, a jedynie lekką suchość i dyskomfort. Mniej więcej po tygodniu używania, podczas którego nadal towarzyszyły mi piekące sensacje, dorobiłam się strasznych, bolących podrażnień. Niestety używałam Lactacydu jeszcze przez kilka dni, później kupiłam nowy płyn (AA Intymna Pro Harmony) i dzięki temu wszystko wróciło do normy już po dwóch dniach.
Nie zrezygnowałam z Lactacydu od razu, bo nie byłam przekonana o tym, że to on wyrządza mi tyle krzywdy. Owszem, wszystko mnie piekło po użyciu, ale nigdy wcześniej nie miałam żadnych sensacji spowodowanych przez kosmetyk do higieny intymnej i praktycznie nie brałam go pod uwagę jako winowajcę podrażnień. Obawiałam się nawet, że nabawiłam się jakiegoś grzyba, czy innej choroby. Miałam wrażenie, że wyniszczyła się cała flora bakteryjna. Dobrze, że przyszło mi do głowy, żeby zmienić płyn do higieny intymnej zanim zrobiłam z siebie czubka u lekarza.
Nigdy więcej!
A teraz drugi koszmarek - płyn dwufazowy do demakijażu oczu Nivea Visage.
Obietnice producenta:
Delikatnie i efektywnie usuwa nawet najbardziej trwały makijaż oraz tusz. Chroni delikatne okolice oczu i pielęgnuje rzęsy. Wzbogacony w ekstrakt z bławatka.
Skład: Aqua, Isododecane, Cyclomethicone, Isopropyl Palmitate, Helianthus Annuus Seed Oil, Centaurea Cyanus Flower Extract, Sodium Chloride, Trisodium EDTA , Phenoxyethanol, Methylisothiazolinone, CI 60725 , CI 61565.
źródło: www.nivea.pl
Cena: ok. 13 zł
Pojemność: 125 ml
Pod koniec maja skończył się mój ulubiony płyn dwufazowy do demakijażu z bławatkiem Yves Rocher (pisałam jego recenzję na blogu tutaj: KLIK), musiałam kupić coś na szybko. Wybór padł na dwufazę Nivei. Miałam już ją kilka lat temu, kiedy dostałam w ramach testów z Klubu Recenzentki na portalu Wizaz.pl. Wspominałam całkiem dobrze, więc wrzuciłam do koszyka.
Fazy płynu trudno się mieszają (w zasadzie to właściwie się nie łączą), trzeba potrząsać butelką znacznie dłużej niż przy innych płynach, a i tak błyskawicznie się rozwarstwia. W efekcie na płatek kosmetyczny wylewamy tylko jedną fazę płynu.
Usuwa makijaż całkiem nieźle - bardzo dobrze rozpuszcza tusz do rzęs, oczywiście także cienie i kredki. Nie rozmazuje, a właśnie rozpuszcza i zbiera na płatek, choć nie zawsze idealnie i do końca. Niestety serwuje przy tym potworne pieczenie i podrażnienie powiek. W kontakcie z płynem oczy szczypią i łzawią, spojówki są zaczerwienione, jednak już po chwili te objawy ustępują.
Męczę się i męczę z Niveą, bo jest w miarę skuteczna i szkoda mi jej wyrzucić, jednak komfort stosowania pozostawia wiele do życzenia. Cena dość wysoka, opakowanie standardowe - nawet ładne i wygodne.
Nie wiem, co zmieniło się przez ten czas - czy moje oczy zrobiły się bardziej wymagające, czy może zmienili coś w składzie płynu. Kiedyś mi służył, a teraz już wiem, że na pewno nie powtórzę zakupu.
Obydwa produkty, Lactacyd i płyn Nivea, odradzam alergikom i wrażliwcom. Ja do takich nie należę, a narobiły mi mnóstwo szkody. Pisząc tego posta skojarzyła mi się scena z Kariery Nikosia Dyzmy, kiedy to Nikoś na konferencji prasowej przekonuje, że tylko to co polskie, jest dobre, a co zagraniczne szkodzi. Tyle razy wybieram polskie marki i jestem zadowolona, dobrze mi służą, czego zwykle nie mogę powiedzieć o kosmetykach zagranicznych koncernów, reklamowanych, droższych i testowanych na zwierzętach.
niedziela, 17 czerwca 2012
Olejek myjący - drzewo herbaciane z Biochemii Urody
|
Kiedy pierwszy raz odkryłam Biochemię Urody zamówiłam polecany pomarańczowy olejek myjący. Od tamtej pory olejku hydrofilnego używam już kilka lat, ostatnio skusiłam się na wersję z dodatkiem eterycznego olejku z drzewa herbacianego, przeznaczonej dla tłustej cery. Na stronie Biochemii Urody znajdziemy wyczerpujący opis produktu:
Bazą olejku jest zimnotłoczony olej słonecznikowy, wybrany ze względu na gojące i nawilżające właściwości, dodatkowo olejek dostarcza skórze witaminę E i ekstrakt z rozmarynu - antyoksydanty.
Ponieważ formuła olejku nie zawiera wody, dlatego jest on trwały i nie wymaga dodatku substancji konserwujących.
Olejek
myjący zawiera dodatek naturalnego olejku eterycznego drzewka
herbacianego, o charakterystycznym, mocnym, ziołowym zapachu i silnych
własnościach antyseptycznych i gojących.
| ||
Drzewo herbaciane to wiecznie-zielone, średniej wielkości drzewo, występujące głównie w Australii. Drzewo to nie ma nic wspólnego z herbatą,
nazwa 'drzewo herbaciane' została mu nadana przez Kapitana Cooka i
innych brytyjskich kolonizatorów Australii, którzy na wzór Aborygenów
używali listków do parzenia aromatycznego napoju zastępującego herbatę.
Olejek drzewka herbacianego wykazuje działanie antyseptyczne, antybakteryjne, antywirusowe, przeciwgrzybicze oraz działa łagodząco i przeciwzapalnie. Polecany jest w przypadku cery tłustej, trądzikowej oraz przy skłonnościach do wyprysków, podrażnień i stanów zapalnych skóry.
Od strony aromatycznej, zapach olejku działa na organizm uspokajająco, łagodzi zdenerwowanie i napięcie.
|
||
W przeciwieństwie do tradycyjnych środków myjących, zawierających często silne detergenty (substancje myjące), olejek działa łagodnie i nie wysusza skóry, jednocześnie bardzo skutecznie zmywa wszelkie zanieczyszczenia skóry - tłuszcz, makijaż oraz nawet grube warstwy wodoodpornych produktów z filtrami UV.
Olejkiem można zmywać okolice oczu, jest on łagodny i nie powoduje szczypania, a dodatkowo zmywa makijaż, także wodoodporny tusz do rzęs. Wbrew pozorom olejek nie pozostawia wrażenia tłustości na skórze ani nie działa w żaden sposób komedogennie (nie zatyka porów), natomiast zmywa się kompletnie po spłukaniu wodą. Olejek daje dobry poślizg, dzięki czemu w trakcie mycia skóra nie jest naciągana. W odróżnieniu od tradycyjnych żeli myjących olejek nie pieni się, co jest również oznaką jego łagodności. Po zmieszaniu olejku z wodą tworzy się mleczno-biała emulsja micelarna, która naśladuje pienienie się i wiąże cząsteczki brudu i makijażu. Wszelkie zanieczyszczenia związane przez micele, są następnie spłukiwane wraz z wodą, pozostawiając skórę czystą i nawilżoną, bez poczucia ściągnięcia i wysuszenia.
Przeznaczenie produktu: dla każdego typu cery, zwłaszcza dla cery tłustej, trądzikowej, zanieczyszczonej, jak i dla skóry podrażnionej i przesuszonej np. po kuracjach kwasami lub retinoidami.
Cena: 11,80 zł
Pojemność: 120 ml
źródło tekstu i zdjęcia: www.biochemiaurody.com W zasadzie moja recenzja nie jest tu potrzebna - wystarczy, że wczytacie się dokładnie w powyższy opis, bo olejek spełnia wszystkie zawarte w nim obietnice. Zanim odkryłam Biochemię Urody używałam drogeryjnych żeli do mycia twarzy. Wybierałam te przeznaczone do młodej i problemowej skóry, popularnych i reklamowanych marek. Niestety skutki stosowania tych żeli nie były zadowalające. Przez silne detergenty moja cera była wiecznie przesuszona i do tego potwornie się przetłuszczała. Wiem, że brzmi to co najmniej dziwnie, ale tak właśnie było. Zbyt silne działanie wysuszające i ściągające żeli powodowało jeszcze większą produkcję sebum, takie błędne koło. Olejek pachnie lekko ziołowo, jednak w sposób który do końca mi nie odpowiada, choć generalnie lubię ziołowe zapachy. Pod względem zapachowym zdecydowanie bardziej pasował mi olejek pomarańczowy. Jak używam olejku? Nakładam odrobinę na zwilżone dłonie (w kontakcie z wodą olejek zamienia się w białawą emulsję), a następnie masuję twarz i zmywam wodą. Olejek hydrofilny jest niezwykle łagodny, nie powoduje uczucia ściągnięcia twarzy. Oczyszcza rewelacyjnie - usuwa kurz, brud, tłuszcz, makijaż. Radzi sobie także z demakijażem oczu, wygrywa nawet w starciu z kilkoma warstwami cieni, wodoodpornego tuszu do rzęs, czy kredek. Zwykle "rozpuszczam" makijaż olejkiem, a następnie przecieram powieki wacikiem nasączonym płynem micelarnym lub płynem dwufazowym. Jest to najszybszy i najbardziej efektywny (a do tego ograniczający zużycie płatków kosmetycznych) sposób na demakijaż oczu, jaki wypraktykowałam. Olejek nie pozostawia uczucia tłustości na twarzy, nie zapycha porów. Mimo niewielkiej pojemności jest bardzo wydajny - butelka starcza mi na 4-5 miesięcy codziennego stosowania. To dlatego, że na jedno użycie wystarcza dosłownie kropla w zagłębieniu dłoni. Przy tej wydajności cena nie odstrasza, chociaż trzeba też doliczyć koszty wysyłki.
Poprzednio olejek był pakowany w białe, szerokie, nieprzezroczyste opakowania, które nie były poręczne. Obecne są wąskie, zajmują mniej miejsca i wykonane są z estetycznego, szafirowego, transparentnego plastiku.
Chociaż czasem zdradzam olejek hydrofilny z innym produktem do oczyszczania twarzy (właśnie zaczęłam używać pianki Young Style Lirene), to zawsze do niego wracam. Polecam szczególnie wersję pomarańczową. |
||
niedziela, 20 maja 2012
Kosmetyki DLA - wyniki rozdania
Dziękuję za liczny udział w rozdaniu kosmetyków ufundowanych przez firmę Kosmetyki DLA.
Zestaw kremów "Dar piękna" otrzymuje ...
Zestaw kremów "Niszcz pryszcz" otrzymuje ...
One_LoVe!
Gratuluję zwyciężczyniom i zapraszam na kolejne, księżniczkowe rozdania.
Zestaw kremów "Dar piękna" otrzymuje ...
nika88!
Zestaw kremów "Niszcz pryszcz" otrzymuje ...
One_LoVe!
Gratuluję zwyciężczyniom i zapraszam na kolejne, księżniczkowe rozdania.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Płyn micelarny Eveline Magia Młodości
Nie kupuję drogich, aptecznych płynów micelarnych. Wybieram zwykle spośród polskich, niedrogich firm. Testowałam już Ziaję Jaśminową, Ziaję Sopocką oraz Eveline Royal Pearl. Miałam też okazję używać micela Yves Rocher z Serii Trzech Herbat, który dostałam jako gratis w sklepie firmowym (pisałam o nim tutaj: KLIK), a także miniaturę micela La Roche Posay.
Po bardzo pozytywnych doświadczeniach z micelem Royal Pearl Eveline, zdecydowałam się na zakup Magii Młodości. Zanim przedstawię swoją opinię, parę słów od producenta o tym kosmetyku:
Aktywnie odmładzający płyn micelarny do oczyszczania i demakijażu oczu, twarzy i szyi. Do skóry wrażliwej i skłonnej do alergii, nie zawiera kompozycji zapachowej.
Płyn micelarny Magia Młodości to łagodne oczyszczanie i skuteczny demakijaż okolic oczu, twarzy i szyi. Zastępuje mleczko i tonik. Posiada pH neutralne dla skóry, dzięki czemu nie zaburza jej bariery hydro - lipidowej. Zapewnia uczucie natychmiastowego ukojenia i odświeżenia. Skóra staje się promienna i odzyskuje młodzieńczy blask.
Składniki aktywne:
- Micele - skutecznie usuwają zanieczyszczenia i makijaż (nawet wodoodporny),
- ActiGen 3a - opatentowana formuła zabezpieczająca komórki przed utratą młodości,
- AntiOxyGen - pomaga chronić kod genetyczny skóry przed atakiem wolnych rodników,
- Kwas hialuronowy - głęboko nawilża,
- Kolagen i elastyna - wzmacniają strukturę szkieletu skóry,
- Retinol - maksymalnie wygładza zmarszczki,
- Roślinne komórki macierzyste - dają początek nowym komórkom, a skóra odzyskuje zdolność samoregeneracji,
- D - pantenol i alantoina - działają kojąco i łagodząco.
Pojemność: 200 ml
Cena: 12 zł
Kosmetyk jest bardzo łagodny, nie podrażnia twarzy, nie pachnie intensywnie (choć nie jest bezzapachowy w moim odczuciu). Skóra przemyta rano płatkiem nasączonym płynem Eveline jest od razu oczyszczona z nadmiaru sebum, odświeżona, nawilżona. Płyn pozostawia na twarzy uczucie delikatnego, bardzo przyjemnego, orzeźwiającego mrowienia - to lubię w nim najbardziej. Micel z powodzeniem zastępuje też tonik, chociaż ja zawsze stosowałam jeszcze po nim hydrolat (ale to moje widzimisię a nie rzeczywista konieczność).
A co z demakijażem? Płyn Eveline Magia Młodości bardzo dobrze usuwa makijaż (puder, podkład, cienie do powiek) i zanieczyszczenia po całym dniu. Zostawia twarz pokrytą
delikatnie lepkim filmem (ale nie jest on denerwujący jak w przypadku
innych miceli). Zaskakująco dobrze sprawdza się także przy usuwaniu tuszu do rzęs - dokładnie rozpuszcza, nie trzeba trzeć po powiekach. Rzadko używałam go jednak do oczu, bo w tej roli wolę płyny dwufazowe lub oliwkę, które pozostawiają skórę natłuszczoną.
Wydajność taka jak każdego płynu. U mnie starczył na miesiąc, ale używałam go w dość dużych ilościach - przynajmniej raz dziennie, zwykle dwa, a czasem nawet więcej razy. Butelka z wygodnym dozownikiem i zatyczką, przyjazny design, rozsądna cena. Na pewno jeszcze nie raz kupię ten płyn, ale najpierw w kolejce czekają na mnie micele z zapasów: Ziaja Ulga oraz Eveline Hydra Expert.
sobota, 14 kwietnia 2012
Kremy "Niszcz pryszcz" Kosmetyki DLA - moja wygrana walka z problemowa cerą
Dzisiaj post, który jest dla mnie bardzo ważny. W dodatku będzie miał kilka wstępów, ale są one konieczne dla pełnej recenzji kremów. Chwała dla tych, którzy wytrwają i przeczytają go do końca.
Wiele, wiele lat temu nie odczuwałam potrzeby używania stosu kosmetyków. Wystarczało mi coś do mycia ciała, twarzy i włosów oraz pielęgnacyjny krem. Jakieś 5 lat temu trafiłam przez przypadek na portal Wizaz.pl, wczytałam się w katalog KWC (Kosmetyk Wszech Czasów) i nagle wpadłam w manię zakupów kosmetycznych. Musiałam mieć po kolei wszystkie dobrze oceniane kremy, balsamy, odżywki, żele, szampony, toniki itd. Nazbierałam tego tyle, że przestało się mieścić w łazience, zabrakło też miejsca gdzie indziej. Z czasem poszłam po rozum do głowy, zaczęłam spisywać zakupy, notowałam też zużycia, sprawdzałam ile wydaję pieniędzy. Oczywiście nie wyleczyłam się całkiem z manii zakupowej, ale opanowałam kompulsywne kupowanie. Teraz staram się wszystko planować, zużywać regularnie i nie robić zbyt wielu zapasów. Nadal skuszą mnie edycje limitowane (no bo przecież później już nie kupię!), ale jestem mniej podatna na promocje i nowości.
Od końca podstawówki zmagam się z problemową cerą. Zaczęło się od zaskórników i przetłuszczania skóry, potem był już zaawansowany trądzik młodzieńczy, mnóstwo blizn i przebarwień. Obecnie wypryski ropne wyskakują mi głównie przed okresem, poza tym pojawiają się rzadko. Na trądzik stosowałam już chyba wszystko. Przetestowałam każdy drogeryjny krem dostosowany do mojej problematycznej skóry. Kupowałam także kremy apteczne, leczyłam się też swego czasu u dermatologa (z dramatycznym skutkiem, ale nie o tym dzisiaj). Do tej pory najlepiej sprawdziła się u mnie biochemia. Odkąd odkryłam sklep Biochemia Urody, zamówiłam pierwsze oleje, hydrolaty i żel hialuronowy, byłam pewna, że nie zmienię już nic w swojej pielęgnacji.
Na początku lutego tego roku wybrałam się do ulubionej drogerii w moim mieście - "Urody". Jeśli czyta to ktoś z Płocka, to serdecznie polecam zakupy właśnie w tej sieci drogerii. Ceny są niższe niż w Rossmannie czy Naturze, a asortyment dużo szerszy. Przepraszam, ze piszę tak chaotycznie - dygresję za dygresją, a jeszcze nie doszłam do głównego tematu. Ten post będzie widać wybitnie bez ładu i składu, jak to sugeruje nazwa bloga.
W "Urodzie" miałam kupić jakieś drobiazgi, ale nie byłabym sobą, gdybym nie przeszła między półkami i nie pooglądała nowości. Nagle pośród wielu kremów zobaczyłam jakieś nowe opakowania - nazwa linii "Niszcz Pryszcz" przyciągnęła moją uwagę. Obejrzałam pudełka, poczytałam skład i ... dawno nie widziałam tak dobrze zapowiadającego się kosmetyku. Mistrzem rozszyfrowywania składów nie jestem, ale naprawdę wydawał mi się zachęcający. Spojrzałam na producenta i oniemiałam! "Kosmetyki DLA, ul. Kochanowskiego, Płock". Nie spodziewałam się, że w moim mieście powstała firma, która produkuje kosmetyki. Oprócz wspomnianej linii "Niszcz pryszcz" do cery tłustej, mieszanej i trądzikowej, obejrzałam też dwie pozostałe linie: "Dar piękna" dla cery wrażliwej z pierwszymi oznakami starzenia oraz "Kuracja regenerująca" do wrażliwej cery dojrzałej. W pierwszej chwili chciałam kupować wszystko, ale gdy ochłonęłam zdecydowałam się wziąć do wypróbowania krem "Niszcz pryszcz" w wersji na noc.
Kiedy wróciłam do domu, zaraz otworzyłam pudełko, wyciągnęłam krem i znowu mnie zamurowało. Był w buteleczce air-less! Normalnie pełnia szczęścia. Przegrzebałam też internet w poszukiwaniu informacji o firmie, przejrzałam na wylot ich stronę internetową. Zainteresowało mnie szczególnie wszystko to, co o samych kosmetykach napisała pani Marta, właścicielka firmy (przeczytajcie dokładnie, bo warto!):
Wiele, wiele lat temu nie odczuwałam potrzeby używania stosu kosmetyków. Wystarczało mi coś do mycia ciała, twarzy i włosów oraz pielęgnacyjny krem. Jakieś 5 lat temu trafiłam przez przypadek na portal Wizaz.pl, wczytałam się w katalog KWC (Kosmetyk Wszech Czasów) i nagle wpadłam w manię zakupów kosmetycznych. Musiałam mieć po kolei wszystkie dobrze oceniane kremy, balsamy, odżywki, żele, szampony, toniki itd. Nazbierałam tego tyle, że przestało się mieścić w łazience, zabrakło też miejsca gdzie indziej. Z czasem poszłam po rozum do głowy, zaczęłam spisywać zakupy, notowałam też zużycia, sprawdzałam ile wydaję pieniędzy. Oczywiście nie wyleczyłam się całkiem z manii zakupowej, ale opanowałam kompulsywne kupowanie. Teraz staram się wszystko planować, zużywać regularnie i nie robić zbyt wielu zapasów. Nadal skuszą mnie edycje limitowane (no bo przecież później już nie kupię!), ale jestem mniej podatna na promocje i nowości.
Od końca podstawówki zmagam się z problemową cerą. Zaczęło się od zaskórników i przetłuszczania skóry, potem był już zaawansowany trądzik młodzieńczy, mnóstwo blizn i przebarwień. Obecnie wypryski ropne wyskakują mi głównie przed okresem, poza tym pojawiają się rzadko. Na trądzik stosowałam już chyba wszystko. Przetestowałam każdy drogeryjny krem dostosowany do mojej problematycznej skóry. Kupowałam także kremy apteczne, leczyłam się też swego czasu u dermatologa (z dramatycznym skutkiem, ale nie o tym dzisiaj). Do tej pory najlepiej sprawdziła się u mnie biochemia. Odkąd odkryłam sklep Biochemia Urody, zamówiłam pierwsze oleje, hydrolaty i żel hialuronowy, byłam pewna, że nie zmienię już nic w swojej pielęgnacji.
Na początku lutego tego roku wybrałam się do ulubionej drogerii w moim mieście - "Urody". Jeśli czyta to ktoś z Płocka, to serdecznie polecam zakupy właśnie w tej sieci drogerii. Ceny są niższe niż w Rossmannie czy Naturze, a asortyment dużo szerszy. Przepraszam, ze piszę tak chaotycznie - dygresję za dygresją, a jeszcze nie doszłam do głównego tematu. Ten post będzie widać wybitnie bez ładu i składu, jak to sugeruje nazwa bloga.
W "Urodzie" miałam kupić jakieś drobiazgi, ale nie byłabym sobą, gdybym nie przeszła między półkami i nie pooglądała nowości. Nagle pośród wielu kremów zobaczyłam jakieś nowe opakowania - nazwa linii "Niszcz Pryszcz" przyciągnęła moją uwagę. Obejrzałam pudełka, poczytałam skład i ... dawno nie widziałam tak dobrze zapowiadającego się kosmetyku. Mistrzem rozszyfrowywania składów nie jestem, ale naprawdę wydawał mi się zachęcający. Spojrzałam na producenta i oniemiałam! "Kosmetyki DLA, ul. Kochanowskiego, Płock". Nie spodziewałam się, że w moim mieście powstała firma, która produkuje kosmetyki. Oprócz wspomnianej linii "Niszcz pryszcz" do cery tłustej, mieszanej i trądzikowej, obejrzałam też dwie pozostałe linie: "Dar piękna" dla cery wrażliwej z pierwszymi oznakami starzenia oraz "Kuracja regenerująca" do wrażliwej cery dojrzałej. W pierwszej chwili chciałam kupować wszystko, ale gdy ochłonęłam zdecydowałam się wziąć do wypróbowania krem "Niszcz pryszcz" w wersji na noc.
Kiedy wróciłam do domu, zaraz otworzyłam pudełko, wyciągnęłam krem i znowu mnie zamurowało. Był w buteleczce air-less! Normalnie pełnia szczęścia. Przegrzebałam też internet w poszukiwaniu informacji o firmie, przejrzałam na wylot ich stronę internetową. Zainteresowało mnie szczególnie wszystko to, co o samych kosmetykach napisała pani Marta, właścicielka firmy (przeczytajcie dokładnie, bo warto!):
Proponowane przeze mnie produkty:
- Przygotowywane są na bazie świeżych naparów ziołowych, tradycyjną, sprawdzoną metodą. Rośliny, które nie są poddawane procesom chemicznym, posiadają doskonałe właściwości pielęgnacyjne oraz regeneracyjne. Co to oznacza w praktyce? Na przykład: produkując krem na bazie krwawnika najpierw przygotowuję napar z wyselekcjonowanych suszonych części roślinki, który jest dodawany do emulsji jako faza wodna (tzn. nie dodaję kilku kropli wyciągu glikolowego np. z krwawnika, co zdecydowanie obniża jakość i skuteczność sprzedawanych kosmetyków). Dowodem na użycie świeżych naparów jest kolor produktów. Kremy nie są śnieżnobiałe, ale delikatnie zabarwione kolorem naparu - od delikatnego beżu po delikatny róż lub szarożółty. Nie używamy do tego celu żadnych chemicznych barwników!
- Nie zawierają oleju parafinowego, który tworzy okluzję ciągłą i nie pozwala skórze na swobodną wymianę z otoczeniem, w przeciwieństwie do olejów roślinnych,
- Posiadają okres gwarancji - tylko 1 rok, podczas gdy standard na rynku to 36 miesięcy. Konserwanty są głównym źródłem alergii, natomiast kosmetyki bez konserwantów z okresem gwarancji do 3 lat nie istnieją. Nie są to tak szeroko reklamowane tzw. kosmetyki naturalne – bez konserwantów, ponieważ tego typu produkty jako substancje konserwujące zawierają olejki eteryczne, które nadają bardzo intensywny aromat. Ponadto olejki takie są często źródłem alergii. Innym środkiem konserwującym jest alkohol, który często ma działanie wysuszające. Ja stawiam na tworzenie kosmetyków bezpiecznych, a zarazem jak najbardziej skutecznych, w oparciu o doświadczenie i wiedzę własną oraz lekarzy dermatologów i kosmetyczek.
- Stymulują naturalną aktywność skóry i pobudzają jej własną zdolność do regeneracji.
Moim celem jest tworzenie produktów, które będą pielęgnowały najbardziej wymagające cery.
Wykorzystanie dobrodziejstw natury w połączeniu z nowoczesnymi osiągnięciami nauki, przy minimalnym zastosowaniu chemii!
źródło: www.kosmetykidla.pl
Nie pamiętam, żebym kiedyś była tak nakręcona na jakiś kosmetyk jak na te kremy. Pierwsze testy kremu na noc wypadły tak genialnie, że od razu poleciałam po wersję na dzień "Niszcz pryszcz" dla siebie, a przy okazji kupiłam mamie "Kurację regenerującą" na dzień. Używam kremów już przeszło dwa miesiące, myślę że poznałam je już na tyle, by napisać o nich recenzje.
Najpierw kilka słów od producenta o każdym z kremów:

KREM NA DZIEŃ "NISZCZ PRYSZCZ"
Delikatny, dobrze wchłaniający się krem polecany jest do codziennej pielęgnacji cery tłustej, mieszanej i z problemami trądzikowymi.
Krem działa wielokierunkowo:
- wysusza wypryski
- odblokowuje pory
- matuje skórę na wiele godzin
- intensywnie nawilża i łagodzi
- chroni przed promieniowaniem UV
Skutecznie eliminuje zaskórniki, zapobiega powstawaniu nowych, pomaga zwalczać ślady po trądziku, pozostawiając skórę świeżą i matową, a to wszystko dzięki temu, że zawiera synergicznie połączenie następujących składników:
Świeży odwar z wierzby– naturalne źródło salicylanów, które regulują proces złuszczania naskórka i ułatwiają dynamiczne wnikanie substancji aktywnych, odpowiedzialnych za utrzymanie odpowiedniego stopnia nawilżenia.
Świeży napar z krwawnika- naturalne źródło azulenu, choliny, soli mineralnych głównie cynku – ma działanie przeciwzapalne, gojące oraz wybielające.
Glinka kaolinowa– działa jak bibułka wyciągając z porów nadmiar sebum i zanieczyszczeń.
Olej jojoba - lekki, nie pozostawia tłustego filmu na skórze, nie zatyka porów. Wzmacnia struktury cementu międzykomórkowego, co w efekcie zapobiega wysuszaniu skóry
Olej z ogórecznika– naturalne źródło kwasu gamma-linolenowego, którego brak powoduje zaburzenie procesu rogowacenia naskórka. Nie zatyka porów.
D-pantenol, alantoina- zmniejszają stan zapalny, przyspieszają gojenie podrażnionych części skóry.
Krem zawiera filtry UVA/UVB zapewniając ochronę przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi.
Krem został przetestowany przez osoby z cerą tłustą, mieszaną i trądzikową pod kierunkiem lekarza dermatologa.
Pojemność: 30 g
Cena: 17 zł
KREM NA NOC "NISZCZ PRYSZCZ"
| Receptura opracowana specjalnie dla osób z cerą tłustą, mieszaną i trądzikową. Każdej nocy podczas snu krem
|
a wszystko to dzięki temu, że zawiera synergiczne połączenie następujących składników:
Świeży odwar z wierzby – naturalne źródło salicylanów, które regulują proces złuszczania naskórka i ułatwiają dynamiczne wnikanie substancji aktywnych, odpowiedzialnych za utrzymanie odpowiedniego stopnia nawilżenia.
Świeży napar z krwawnika - naturalne źródło azulenu, choliny, soli mineralnych głównie cynku – ma działanie przeciwzapalne, gojące oraz wybielające.
AHA – reguluje proces keratynizacji, udrażnia ujścia mieszków włosowych, przez co w efekcie zmniejsza ryzyko powstawania zaskórników, wspomaga wybielanie śladów potrądzikowych
Olej jojoba - lekki, nie pozostawia tłustego filmu na skórze, nie zatyka porów. Wzmacnia struktury cementu międzykomórkowego, co w efekcie zapobiega wysuszaniu skóry
Olej z ogórecznika – naturalne źródło kwasu gamma-linolenowego, którego brak powoduje zaburzenie procesu rogowacenia naskórka. Nie zatyka porów.
D-pantenol, alantoina- zmniejszają stan zapalny, przyspieszają gojenie podrażnionych części skóry.
Krem został przetestowany przez osoby z cerą tłustą, mieszaną i trądzikową pod kierunkiem lekarza dermatologa.
Pojemność: 30 g
Cena: 15 zł
źródło: www.kosmetykidla.pl
Krem na noc ma zabarwienie brudno-beżowe, jest gęsty, a jednocześnie lekki, "plastyczny" i łatwo rozprowadza się po skórze. Wchłania się po chwili dając natychmiastowe uczucie nawilżenia. Krem na dzień jest zielonkawo-szary, także gęsty, jednak nieco bardziej toporny w rozprowadzaniu od nocnego brata, za to szybciej wchłaniający. Po nałożeniu skóra staje się matowa, ale jest to taki zdrowy mat, bez uczucia ściągnięcia czy wysuszenia.
Obydwa kremy ... śmierdzą potwornie. Przez pierwszy tydzień nie mogłam znieść tego zapachu, teraz już przywykłam i nie przeszkadza mi już tak bardzo, jednak polubić się go chyba nie da.
Kremy "Niszcz pryszcz" są więc zupełnie inne w stosowaniu od tradycyjnych, drogeryjnych kremów - śnieżnobiałych i przyjemnie naperfumowanych. Czuć, że nie ma w nich zbędnej chemii.
Opakowania air-less od razu mnie zachwyciły. Wreszcie można używać kremu nie ładując w niego codziennie nowej porcji bakterii. Pompki chodzą bez zarzutu - płynnie i nie zacinając się. Trochę szkoda, że buteleczki nie są przezroczyste (lubię obserwować ubytek kremu - takie zboczenie kosmetykoholiczki), no i że wersja dzienna nie różni się od nocnej szatą graficzną, przez co łatwo je pomylić, szczególnie kiedy dopiero przed chwilą wstało się z łóżka.

Najważniejsze są jednak efekty, a te przerosły nawet moje wygórowane oczekiwania. Dzięki kuracji "Niszcz pryszcz" zauważyłam widoczną poprawę skóry pod każdym względem.
Przede wszystkim kremy nie zapychają, a odblokowują pory i oczyszczają. Wiem, że trudno sobie wyobrazić, że krem może oczyścić skórę, ale tak właśnie się dzieje! Mam dużo mniej zaskórników, stare stopniowo znikają, a nowe praktycznie przestały się pojawiać. Poprawę zauważyła nawet moja kosmetyczka, kiedy ostatnio pojawiłam się u niej na oczyszczaniu - zapytała, czy zmieniałam coś w pielęgnacji cery. Kiedy opowiedziałam jej o Kosmetykach DLA nie wyraziła jednak entuzjazmu, bo zdała sobie sprawę, że przez to nie dam się namówić na krem za prawie stówę (!) od firmy z którą współpracuje jej gabinet i który od dawna mi zachwalała. W dodatku pewnie rzadziej będę się już pojawiać na oczyszczaniu cery, bo nie będzie to potrzebne tak często jak dotychczas.
Wypryski ropne pojawiają się u mnie rzadko i tylko w okolicach przedmiesiączkowych. Znikają jednak znacznie szybciej przy używaniu kremów "Niszcz pryszcz" niż wcześniej przy innych kremach drogeryjnych. Ostatnio przestałam nawet stosować preparaty punktowe na niespodzianki, których kiedyś używałam w dużych ilościach. Sięgam po nie naprawdę sporadycznie, bo z powodzeniem zastępują je moje nowe kremy.
Cera jest rewelacyjnie nawilżona, nie ma mowy o plackach-przesuszeniach, odstających skórkach. Wbrew pozorom przy skórze tłustej zdarzają się takie nieprzyjemności, kiedy używa się "agresywnych" kosmetyków antytrądzikowych, które przy okazji wysuszenia wyprysków robią z cery ściągniętą Saharę. Żałuję, że nie przebadałam cery jakimś urządzeniem do pomiaru nawilżenia skóry przed i po używaniu kremów, żeby Wam zaprezentować wyniki. Naprawdę jestem pod wrażeniem ich nawilżającego działania.
Lekko zjaśniały też moje policzkowe przebarwienia. Oczywiście potrzeba więcej czasu, żeby zniknęły całkiem, choć możliwe że to nigdy nie nastąpi. Widzę jednak pozytywny wpływ, więc tym bardziej jestem zachęcona i zmotywowana do używania Kosmetyków DLA. Podobne odczucia mam też jeśli chodzi o blizny potrądzikowe. Co prawda cud się nie zdarzył i nie poznikały, ale zobaczyłam światełko w tunelu, że mogą coś drgnąć, gdyż cera poza nawilżeniem stała się odnowiona przez sukcesywne, delikatne złuszczanie, a co za tym idzie dużo bardziej elastyczna, gładka i odbudowana.
Opisałam efekty stosowania obu kremów, bo trudno mi jednoznacznie określić, który jest odpowiedzialny za jakie rezultaty. Wydaje mi się jednak, że dużo większą rolę w poprawie stanu cery odegrał krem na noc. Codziennie rano moja skóra wyraźnie piękniała! Dzienny krem utrzymywał ją natomiast matową przez cały dzień. Makijaż dzięki niemu nie spływał i nie rolował się, bo dobrze współgrał z BB kremem czy podkładem mineralnym. Nie jest jednak tak, że sam krem załatwi nam nieskazitelny mat. Ważny jest także dobór kosmetyków do makijażu jak podkład czy puder. U mnie oprócz kremu na dzień "Niszcz pryszcz" odpowiedzialnymi za matową skórę są też: BB krem Intense Classic Balm firmy Skin79, puder matujący Jadwigi oraz hydrolat oczarowy.
Kremy są niesamowicie wydajne - przez dwa miesiące ubyło mi około 10 g z każdego kremu, czyli 1/3 słoiczka. Wychodzi na to, że jeden krem starczy mi aż na pół roku! Niesamowita różnica w stosunku do "napompowanych" kremów popularnych marek, które zużywałam kiedyś właśnie w około dwa miesiące. Uważam, że jak na takie działanie i wydajność cena Kosmetyków DLA jest naprawdę przystępna. Kremy Kosmetyki DLA są dostępne w sprzedaży na stronie internetowej sklepu KLIK oraz w drogeriach i sklepach zielarskich w Płocku i okolicach. Tutaj jest ich dokładna lista: KLIK.
Odkąd poznałam Biochemię Urody zarzekałam się, że już nigdy nie kupię kremu w drogerii. Teraz wiem, że dużo bym straciła. Oczywiście nie rezygnuję całkiem z olejowania skóry i co kilka dni stosuję żel hialuronowy i mój ukochany olej tamanu, jednak znalazłam swoją nową miłość - Kosmetyki DLA. W długich wstępach opisałam Wam moje problemy z cerą i poszukiwania kosmetyków idealnych i wreszcie mam poczucie, że je znalazłam.
Chciałabym też podzielić się z Wami miłą wieścią, że nawiązałam współpracę z firmą Kosmetyki DLA i już wkrótce będziecie mogli wygrać ich produkty w rozdaniu (myślę, że kiedy zakończy się poprzednie rozdanie, w którym - przypominam - do wygrania jest paleta Heaven&Earth Make Up Academy).
Krem na noc ma zabarwienie brudno-beżowe, jest gęsty, a jednocześnie lekki, "plastyczny" i łatwo rozprowadza się po skórze. Wchłania się po chwili dając natychmiastowe uczucie nawilżenia. Krem na dzień jest zielonkawo-szary, także gęsty, jednak nieco bardziej toporny w rozprowadzaniu od nocnego brata, za to szybciej wchłaniający. Po nałożeniu skóra staje się matowa, ale jest to taki zdrowy mat, bez uczucia ściągnięcia czy wysuszenia.
Obydwa kremy ... śmierdzą potwornie. Przez pierwszy tydzień nie mogłam znieść tego zapachu, teraz już przywykłam i nie przeszkadza mi już tak bardzo, jednak polubić się go chyba nie da.
Kremy "Niszcz pryszcz" są więc zupełnie inne w stosowaniu od tradycyjnych, drogeryjnych kremów - śnieżnobiałych i przyjemnie naperfumowanych. Czuć, że nie ma w nich zbędnej chemii.
Opakowania air-less od razu mnie zachwyciły. Wreszcie można używać kremu nie ładując w niego codziennie nowej porcji bakterii. Pompki chodzą bez zarzutu - płynnie i nie zacinając się. Trochę szkoda, że buteleczki nie są przezroczyste (lubię obserwować ubytek kremu - takie zboczenie kosmetykoholiczki), no i że wersja dzienna nie różni się od nocnej szatą graficzną, przez co łatwo je pomylić, szczególnie kiedy dopiero przed chwilą wstało się z łóżka.
Najważniejsze są jednak efekty, a te przerosły nawet moje wygórowane oczekiwania. Dzięki kuracji "Niszcz pryszcz" zauważyłam widoczną poprawę skóry pod każdym względem.
Przede wszystkim kremy nie zapychają, a odblokowują pory i oczyszczają. Wiem, że trudno sobie wyobrazić, że krem może oczyścić skórę, ale tak właśnie się dzieje! Mam dużo mniej zaskórników, stare stopniowo znikają, a nowe praktycznie przestały się pojawiać. Poprawę zauważyła nawet moja kosmetyczka, kiedy ostatnio pojawiłam się u niej na oczyszczaniu - zapytała, czy zmieniałam coś w pielęgnacji cery. Kiedy opowiedziałam jej o Kosmetykach DLA nie wyraziła jednak entuzjazmu, bo zdała sobie sprawę, że przez to nie dam się namówić na krem za prawie stówę (!) od firmy z którą współpracuje jej gabinet i który od dawna mi zachwalała. W dodatku pewnie rzadziej będę się już pojawiać na oczyszczaniu cery, bo nie będzie to potrzebne tak często jak dotychczas.
Wypryski ropne pojawiają się u mnie rzadko i tylko w okolicach przedmiesiączkowych. Znikają jednak znacznie szybciej przy używaniu kremów "Niszcz pryszcz" niż wcześniej przy innych kremach drogeryjnych. Ostatnio przestałam nawet stosować preparaty punktowe na niespodzianki, których kiedyś używałam w dużych ilościach. Sięgam po nie naprawdę sporadycznie, bo z powodzeniem zastępują je moje nowe kremy.
Cera jest rewelacyjnie nawilżona, nie ma mowy o plackach-przesuszeniach, odstających skórkach. Wbrew pozorom przy skórze tłustej zdarzają się takie nieprzyjemności, kiedy używa się "agresywnych" kosmetyków antytrądzikowych, które przy okazji wysuszenia wyprysków robią z cery ściągniętą Saharę. Żałuję, że nie przebadałam cery jakimś urządzeniem do pomiaru nawilżenia skóry przed i po używaniu kremów, żeby Wam zaprezentować wyniki. Naprawdę jestem pod wrażeniem ich nawilżającego działania.
Lekko zjaśniały też moje policzkowe przebarwienia. Oczywiście potrzeba więcej czasu, żeby zniknęły całkiem, choć możliwe że to nigdy nie nastąpi. Widzę jednak pozytywny wpływ, więc tym bardziej jestem zachęcona i zmotywowana do używania Kosmetyków DLA. Podobne odczucia mam też jeśli chodzi o blizny potrądzikowe. Co prawda cud się nie zdarzył i nie poznikały, ale zobaczyłam światełko w tunelu, że mogą coś drgnąć, gdyż cera poza nawilżeniem stała się odnowiona przez sukcesywne, delikatne złuszczanie, a co za tym idzie dużo bardziej elastyczna, gładka i odbudowana.
Opisałam efekty stosowania obu kremów, bo trudno mi jednoznacznie określić, który jest odpowiedzialny za jakie rezultaty. Wydaje mi się jednak, że dużo większą rolę w poprawie stanu cery odegrał krem na noc. Codziennie rano moja skóra wyraźnie piękniała! Dzienny krem utrzymywał ją natomiast matową przez cały dzień. Makijaż dzięki niemu nie spływał i nie rolował się, bo dobrze współgrał z BB kremem czy podkładem mineralnym. Nie jest jednak tak, że sam krem załatwi nam nieskazitelny mat. Ważny jest także dobór kosmetyków do makijażu jak podkład czy puder. U mnie oprócz kremu na dzień "Niszcz pryszcz" odpowiedzialnymi za matową skórę są też: BB krem Intense Classic Balm firmy Skin79, puder matujący Jadwigi oraz hydrolat oczarowy.
Kremy są niesamowicie wydajne - przez dwa miesiące ubyło mi około 10 g z każdego kremu, czyli 1/3 słoiczka. Wychodzi na to, że jeden krem starczy mi aż na pół roku! Niesamowita różnica w stosunku do "napompowanych" kremów popularnych marek, które zużywałam kiedyś właśnie w około dwa miesiące. Uważam, że jak na takie działanie i wydajność cena Kosmetyków DLA jest naprawdę przystępna. Kremy Kosmetyki DLA są dostępne w sprzedaży na stronie internetowej sklepu KLIK oraz w drogeriach i sklepach zielarskich w Płocku i okolicach. Tutaj jest ich dokładna lista: KLIK.
Odkąd poznałam Biochemię Urody zarzekałam się, że już nigdy nie kupię kremu w drogerii. Teraz wiem, że dużo bym straciła. Oczywiście nie rezygnuję całkiem z olejowania skóry i co kilka dni stosuję żel hialuronowy i mój ukochany olej tamanu, jednak znalazłam swoją nową miłość - Kosmetyki DLA. W długich wstępach opisałam Wam moje problemy z cerą i poszukiwania kosmetyków idealnych i wreszcie mam poczucie, że je znalazłam.
Chciałabym też podzielić się z Wami miłą wieścią, że nawiązałam współpracę z firmą Kosmetyki DLA i już wkrótce będziecie mogli wygrać ich produkty w rozdaniu (myślę, że kiedy zakończy się poprzednie rozdanie, w którym - przypominam - do wygrania jest paleta Heaven&Earth Make Up Academy).
Subskrybuj:
Posty (Atom)















