Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dr Irena Eris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dr Irena Eris. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2013

Wiosenny atak na pomarańczową skórkę z Lirene: żel-krem na dzień i peeling



Przepraszam za długą nieobecność - walczyłam z brakiem czasu i blogspotem, który od kilku tygodni nie chciał ładować zdjęć do postów. Po kilkunastu nieudanych próbach podziałała w końcu ... zmiana przeglądarki. Czasem najprostsze rozwiązania okazują się być najlepsze.

Wiosna w pełni, pogoda dopisuje, więc czas pokazać trochę nogi. Chociaż całym rokiem dbam o skórę, to w okresie przedwakacyjnym, mając w perspektywie leżenie plackiem w bikini, szczególnie zwracam uwagę na częstsze balsamowanie, peelingi, no i rzecz jasna używanie preparatów wyszczuplających i antycellulitowych.

Dzisiaj opiszę dwa produkty z serii antycellulitowej Lirene: żel-krem na dzień i peeling.



INTENSYWNY ŻEL-KREM ANTYCELLULITOWY NA DZIEŃ

Opis producenta:

- REDUKUJE CELLULIT
- WYGŁADZA SKÓRĘ 
- REDUKUJE TKANKĘ TŁUSZCZOWĄ
Intensywny żel-krem wspomaga redukcję zaawansowanego cellulitu dzięki silnie skoncentrowanej formule wzbogaconej o składniki wyszczuplające i ujędrniające skórę. Substancje aktywne, wchodzące w skład receptury, wykazują właściwości wygładzające, redukując tkankę tłuszczową i przyspieszając tempo przemiany materii w komórkach skóry.

źródło: www.lirene.pl



Pojemność: 200 ml

Cena: 17 zł


Chociaż peelingu, o którym za chwilę, zużyłam już kilka (jeśli nie kilkanaście) opakowań, to żel z tej serii kupiłam po raz pierwszy. Jest lekko lepki, dość lejący i glutowaty, za to cudownie, pomarańczowo pachnie. No właśnie, zatrzymam się chwilę przy tym zapachu. Generalnie nie znoszę cytrusowych aromatów w  kosmetykach - wszystkie cytryny, pomarańcze i grejpfruty pachną mi kostkami toaletowymi albo chemikaliami do czyszczenia. O ile np. uwielbiam Ziaję i często kupuję produkty tej firmy, to seria Ziaja Pomarańczowa pod względem zapachu jest dla mnie nie do przejścia. Podobnie jest też chociażby z peelingiem cukrowym Heanu (chociaż działa świetnie, to jego zapach wywołuje u mnie odruch wymiotny) czy peelingiem Joanny - chyba w wersji Brazylijska Mandarynka.
Produkty Lirene z pomarańczowej serii jako nieliczne są według mnie obdarzone idealną kompozycją zapachową - naturalną, orzeźwiającą, soczystą, pozbawioną wszelkich chemicznych i drażniących nut.

Żel-krem na dzień (ciekawe w sumie czemu żel-krem, bo z kremem nie ma nic wspólnego) nie najlepiej się wchłania i jest to jego dość poważna wada. Skoro jest na dzień, to wypadałoby używać go szybko i bezproblemowo, tymczasem jeszcze długi czas po aplikacji lepi się niemiłosiernie i uniemożliwia założenie ubrań. Mimo tego bardzo przyjemnie mi się go używało, głównie ze względu na jego energetyzujący zapach i lekkie chłodzenie przy nakładaniu.

To długie wchłanianie może być też atutem, jeśli lubimy wykorzystać preparat tego typu jako podkład do masażu. Niestety ja na co dzień nie mam na to czasu, w szczególności w porannym pośpiechu.




Żel wyraźnie napina i wygładza skórę - taki efekt utrzymuje się kilka godzin. Skóra jest po nim bardzo przyjemna w dotyku, pokryta jakby warstwą "niewidocznego ulepszenia" (tak wiem, że to stwierdzenie jest na poziomie obecnie panującej w telewizji reklamy kremu przeciwzmarszczkowego z siłą lasera). Na dłuższą metę nie zauważyłam jednak jego pozytywnego wpływu. To dobry kosmetyk na teraz, ale nie na długofalowe działanie i poprawę stanu skóry. Porównałabym go do odżywki z silikonami czy jedwabiu w płynie do włosów - dają super efekt tylko na chwilę, podczas gdy włosy nadal pozostają zniszczone czy wypadające. Podobnie jest właśnie z tym żelem - raczej nie ma co liczyć, że zredukuje cellulit czy tym bardziej tkankę tłuszczową. Oczywiście nic nie zdziałamy bez zdrowego odżywiania i ćwiczeń, ale miałam już szereg produktów, które mimo wszystko sprawdziły się lepiej.

Produkt nie powalił mnie wydajnością, bo używałam go około miesiąca i tylko raz dziennie na partie ciała potrzebujące ujędrnienia, czyli uda, pośladki i brzuch. Już po około dwóch tygodniach tubka zaczęła prychać zwiastując rychły koniec, więc przez kolejne dni nakładałam dużo mniejsze porcje (i wtedy odkryłam, że znacznie mniejsza ilość lepiej się wchłania - trzeba było oszczędzać od początku). Przy normalnym zużywaniu pewnie już skończyłaby się po trzech tygodniach. Za cenę kilkunastu złotych czuję się trochę zawiedziona.

Opakowanie nowoczesne, dla mnie trochę przesadzone pod względem ilości haseł obiecujących super efekty. Bardziej podobała mi się poprzednia wersja tej serii - ze skórką pomarańczy. Była bardziej minimalistyczna, a przy tym sugestywna. Tym razem nowsze nie znaczy lepsze - oczywiście w mojej skromnej opinii. Tubka posiada też pozytywne cechy poprzedniej - jest lekka, stabilna, przyciąga uwagę. Kosmetyk wydobywa się z niej do samego końca bez konieczności rozcinania, ale w tym przypadku jest to raczej spowodowane żelową, lekką i rzadką konsystencją produktu.







ANTYCELLULITOWY PEELING MYJĄCY
Opis producenta:
- IDEALNIE GŁADKA SKÓRA
- STYMULUJE PROCESY REDUKCJI CELLULITU
- WYGŁADZA NIERÓWNOŚCI
Antycellulitowy peeling to skuteczny preparat myjący, wspomagający redukcję cellulitu.
Doskonale oczyszcza i odświeża skórę, pozostawiając ją jędrną, jedwabistą oraz przyjemnie pachnącą. Dzięki zawartości kompleksu kondycjonującego i gruboziarnistych drobinek złuszczająco-wygładzających, peeling zapewnia doskonałe wygładzenie skóry, poprawę jędrności i elastyczności.

źródło: www.lirene.pl





Pojemność: 200 ml

Cena: 14 zł


W sieci jest mnóstwo opinii o tym kultowym produkcie (status Kosmetyku Wszech Czasów mówi zresztą sam za siebie) i moja pewnie niewiele wniesie. Tak jak wspomniałam zużyłam już wiele opakowań tego cuda. To pochodzi z zakupów, kiedy to trafiłam na promocję w osiedlowym sklepie i wzięłam od razu trzy tuby, dlatego mam jeszcze starsze wersje designu ze skórką pomarańczy i nalepką KWC portalu Wizaz.pl.

Nie jest to peeling cukrowy ani solny, tylko z syntetycznych, polietylenowych drobinek. Ma to ogromną zaletę - można bez końca zdzierać skórę małą porcją produktu, bo w kontakcie z wodą nic się nie rozpuszcza. Peeling jest przez to niesamowicie wydajny i chociaż używam go regularnie co kilka dni, opakowanie wystarcza mi nawet na pół roku. Drobinki ścierające są dość grube, ostre i przede wszystkim jest ich mnóstwo nawet w niewielkiej ilości peelingu. Zatopione są w myjącym żelu, gęstym i cudownie pachnącym, zresztą tak jak cała seria - pomarańczowo i energetyzująco.




Co tu dużo pisać - działa rewelacyjnie. Wygładza skórę podobnie jak domowy peeling kawowy, czyli idealnie. Skóra jest po nim niewiarygodnie gładka, odświeżona, napięta, jędrna i przygotowana do dalszych zabiegów - chłonie balsamy, mleczka czy inne nawilżacze w ilości co najmniej podwójnej.

Mimo tego, że peeling jest naprawdę ostry, to nigdy nie spowodował podrażnień czy jakichkolwiek innych niedogodności. Nie ma w składzie SLS, więc nie wysusza też skóry. Dla mnie jest nie tylko gwarancją świetnego efektu, ale i lepszego samopoczucia, bo zawsze jego użycie poprawia mi humor, szczególnie w ciepłych, wiosennych i letnich miesiącach.

Jeśli chodzi o cellulit to oczywiście cudów nie ma i od pierwszego zastosowania nic się w tej materii nie zmieni, ale regularne używanie peelingu naprawdę pomaga. Przede wszystkim świetnie zapobiega nowym nierównościom, a i to co jest po wielu zastosowaniach zaczyna wyglądać lepiej.

Cena w stosunku do jakości i wydajności jest naprawdę korzystna. Od kilku lat kupuję różne peelingi zamiennie z tym i jeszcze nie spotkałam nic równie dobrego. Ostatnio spodobał mi się też peeling Ziai z czerwonej serii Rebuild, ale to już materiał na innego posta.



czwartek, 6 grudnia 2012

Mleczko do ciała i krem do rąk z serii Body Art Dr Ireny Eris


Kosmetyki z serii Body Art dr Ireny Eris otrzymałam na czerwcowym zjeździe warszawskich blogerek. Przyznam, że był to jeden z tych prezentów, który najbardziej mnie ucieszył. Dlaczego? Ano dlatego, że sama nie kupuję produktów do pielęgnacji w tak wysokich (oczywiście dla mnie) cenach. Na balsam, oliwkę, mleczko, tudzież inny specyfik do nawilżania ciała, wydaję nie więcej niż 10-15 zł, a zwykle poniżej dyszki. Z kremem do rąk jestem nawet bardziej oszczędna, bo znam dobre produkty tego typu już w cenie 3-4 zł. Jak więc wypadły testy Body Art? Czy warto czasem wydać więcej na drogie kosmetyki? Zapraszam do przeczytania recenzji.


GŁĘBOKO NAWILŻAJĄCE MLECZKO DO CIAŁA

Najpierw słowo od producenta o głęboko nawilżającym mleczku do ciała:

Mleczko do ciała o działaniu intensywnie i długotrwale nawilżającym. Zawiera szereg cennych składników, które stymulują procesy odżywiania skóry i pozwalają utrzymać właściwy poziom jej nawilżenia nawet do kilkunastu godzin po aplikacji. Dodatek allantoiny i D - pantenolu łagodzi wszelkie podrażnienia, co zwiększa natychmiastowe uczucie komfortu i odświeżenia nawet najbardziej delikatnej i przesuszonej skóry. Doskonałe do codziennej pielęgnacji, jak również do stosowania po kąpieli lub opalaniu.




Skład: Aqua, Glycerin, Sucrose Distearate, Orbignya Oleifera (Babassu) Seed Oil, Methyl Gluceth-20, Dimethicone, Isopropyl Isostearate, Panthenol, Oryza Sativa (Rice) Bran Oil, Sucrose Stearate, Cetyl Alcohol, Carbomer, Allantoin, Tromethamine, Glyceryl Polymethacrylate, Xanthan Gum, BHA, Aleuritic Acid, Glycoproteins, Yeast (Faex) Extract, Phenoxyethanol, Methylparaben, DMDM Hydantoin, Propylparaben, Parfum, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Alpha-Isomethyl Ionone, Linalool, Hydroxycitronellal, Coumarin, Hexyl Cinnamal, Geraniol, CI 17200.

Cena: 59 zł 

Pojemność: 200 ml


Mleczko ma konsystencję bardzo rzadkiego, lejącego balsamu, jednak nie jest aż tak płynne, by trudno było opanować smarowanie. Kolor produktu to mleczny, jaśniutki róż. Zapach mleczka nie przypomina mi niczego szczególnego - jest przyjemny, delikatny, może trochę kwiatowy i taki ... luksusowy.




Kosmetyk gładko się rozprowadza i ślizga po skórze, nie trzeba go mocno wcierać. Chociaż nie wchłania się natychmiastowo po aplikacji, to za jakiś czas warstwa produktu znika z powierzchni skóry. Mleczko pozostawia ciało subtelnie pachnące i dobrze nawilżone. Szkoda tylko, że nawilżenie szybko "ucieka" - po kilku godzinach mam wrażenie, jakbym nie stosowała nawilżacza w ogóle. Nie bardzo wiem, co o tym sądzić. Może mleczko wnika do głębszych warstw skóry niż dotychczasowo używane przeze mnie produkty? Muszę przyznać, że od kiedy smaruję ciało tym mleczkiem, zauważyłam poprawę kondycji skóry: jest bardziej gładka i napięta. Zwykle takie efekty uzyskuję podczas używania preparatów antycellulitowych, wygładzających, ujędrniających itp. Nie spodziewałam się tego po mleczku nawilżającym, tym bardziej że producent o tym nie zapewnia. Myślę, że może to świadczyć o naprawdę głębokim działaniu kosmetyku. Mimo wszystko szkoda, że kosmetyk nie zapewnia odczucia długotrwałego nawilżenia skóry.




Nie mam zwyczaju oszczędzania preparatów do nawilżania (duże zapasy balsamów i maseł do ciała wymuszają hojną aplikację), więc i mleczka Eris sobie nie żałowałam. Po zaledwie kilku użyciach zauważyłam pod światło, że zniknęła już ponad połowa tubki. Pod koniec opakowania smarowałam więc mniejszą ilość, ale bardzo żałuję, że mleczko okazało się tak niewydajne.



Tubka niezwykle elegancka, z pięknymi, różanymi ornamentami, lekka i wygodna. Mleczko nie osadza się na ściankach, spływa do samego końca, przez co nie trzeba rozcinać opakowania, by wydobyć resztki produktu. Kartonowe pudełko, w które zapakowana jest tuba z mleczkiem, sugestywnie zachęca do zakupu.

Niestety cena jest dla mnie z kosmosu. Nie mogę sobie pozwolić na takie wydatki kosmetyczne (ok. 60 zł za trzy tygodnie używania to raczej przesada), choć nie ukrywam, że z chęcią przygarnęłabym jeszcze kiedyś ten kosmetyk.




REGENERUJĄCO - WYGŁADZAJĄCY KREM DO DŁONI

Opis producenta:


Regenerujący krem do dłoni z zawartością cennego kompleksu Ureamix (wysoka koncentracja mocznika i wosku z oliwek) zapewnia miękką, aksamitną skórę dłoni, poczucie komfortu i perfekcyjnego wygładzenia. Kombinacja wyciągów ze szlachetnych azjatyckich roślin (lotos, bambus, lilia wodna) silnie regeneruje i długotrwale nawilża. Olej z avocado głęboko odżywia skórę i tworzy delikatny film ochronny. Systematycznie stosowany krem już po 2 tygodniach zapewnia znaczną poprawę stanu skóry dłoni: wygładzenie skóry (78%*), nawilżenie skóry (67%*), odżywienie skóry (59%*).
* % Recenzentek o potwierdzonej poprawie skóry w teście in vivo w Centrum Naukowo - Badawczym Dr Irena Eris. 



Skład: Aqua, Glycerin, Isopropyl Isostearate, Glyceryl Stearate SE, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Urea, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Betaine, Triethanolamine, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Hydrogenated Olive Oil Decyl Esters, Propylene Glycol, Sorbitol, Panthenol, Nymphaea Alba (Water Lily) roqt Extract, Nelumbium Speciosum Flower Extract, Bambusa Vulgaris (Bamboo) Leaf/Stem Extract, Phenoxyethanol, Methylparaben, Diazolidinyl Urea, Propylparaben, Ethylparaben, Butylparaben, Parfum, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Alpha-Isomethyl Ionone, Linalool, Hydroxycitronellal, Coumarin, Hexyl Cinnamal, Geraniol, CI 16035.


Cena: 59 zł 

Pojemność: 100 ml


Krem do rąk ma gęstszą konsystencję od mleczka (jednak jak na tego typu produkt jest dość lejący), a także bardziej różowiutki kolor. Pachnie dokładnie tak jak mleczko, czyli przyjemnie, delikatnie, trochę kwiatowo i luksusowo.


Potrzeba dosłownie odrobinkę kremu, by nawilżyć dłonie, przez co kosmetyk jest bardzo wydajny. Rozsmarowuje się swobodnie, nie maże i szybko wchłania. Pozostawia skórę nawilżoną, usuwa uczucie ściągnięcia, działa też ochronnie zostawiając leciutką powłoczkę. Niestety dość często trzeba powtarzać aplikację, bo wspomniane efekty nie utrzymują się długo na skórze. Zauważyłam, że tak samo jak przy mleczku, na dłuższą metę działa znacznie lepiej - dłonie stały się gładsze i bardziej zadbane.

Krem stosowałam też jako maseczkę do rąk. Po starannym peelingu nakładałam grubą warstwę, wmasowywałam w skórę przez kilka minut, a nadmiar wycierałam. Po takim użyciu pozytywne działanie było znacznie bardziej długotrwałe i nie trzeba było zbyt często używać kremu.




Opakowanie jest niezwykle eleganckie, estetyczne i wygodne, zupełnie nietypowe. Kosmetyk dzięki pompce nakłada się sprawnie i higienicznie, łatwo też można regulować porcję kremu naciskając z odpowiednią siłą. Pod światło widać ubytek preparatu - używam już ponad dwa miesiące, a całkiem sporo jeszcze pozostało.

Cena tak samo jak w przypadku mleczka jest zbyt wysoka. Myślę, że na krem do rąk nie potrzeba wydawać takiej fortuny. 


Oba kosmetyki bardzo polubiłam, przyjemnie się ich używało, efekty także były zadowalające. Mimo wszystko nie jestem przekonana, że są warte zakupu za taką cenę.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...