Pokazywanie postów oznaczonych etykietą higiena. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą higiena. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 czerwca 2013

Przegląd żeli pod prysznic Dove



Jakiś czas temu zostałam zakwalifikowana do długotrwałego testowania produktów Dove w ramach działającego na portalu Wizaz.pl Klubu Recenzentki. W pierwszej paczce znalazłam 4 kosmetyki do mycia ciała, których używałam przez ostatni miesiąc. W tym poście chciałam wyrazić o nich opinię, a także porównać je między sobą.

Z marką Dove mam raczej miłe doświadczenia (przed epoką kosmetykoholizmu używałam np. przez dłuższy czas tylko uniwersalnego kremu Dove Intensive Cream), choć pamiętam że kilka kosmetyków niezbyt przypadło mi do gustu. Bardzo cenię ich kampanie reklamowe, przyznam że jako jedne z nielicznych do mnie przemawiają. Bliskie jest mi hasło odkrywania kobiecego piękna bez względu na figurę, wiek, kolor czy defekty skóry. Polecam obejrzeć też filmik innej kampanii - Dove Real Beauty Sketches, jeśli jeszcze nie widzieliście, bo naprawdę robi wrażenie.

źródło: www.idoveyou.pl





Do testów otrzymałam żel pod prysznic Go Fresh o zapachu figi i kwiatu pomarańczy, żel pod prysznic Purely Pampering 'Mleczko migdałowe z hibiskusem', odżywczy żel pod prysznic Deeply Nourishing i kremowy mus pod prysznic Creme Mousse. Pierwsze trzy moim zdaniem rozróżnia jedynie zapach, natomiast właściwości myjące są na tyle zbliżone, że opiszę je wszystkie naraz.

Najpierw opisy producenta o poszczególnych kosmetykach:

Żel pod prysznic Go Fresh o zapachu figi i kwiatu pomarańczy.

Zawiera NutriumMoisture™ unikalne połączenie składników odżywczych naturalnie występujących w skórze i nawilżających, które dobrze się wchłaniają, aby odżywić i pomagać w odbudowaniu naturalnego piękna skóry. Specjalnie zaprojektowany, aby spełniać oczekiwania konsumentek, regenerujący zapach figi i kwiatu pomarańczy orzeźwia i podkreśla Twoją kobiecość.

Cena: 13 zł

Pojemność: 250 ml

źródło: www.idoveyou.pl





Żel pod prysznic Purely Pampering 'Mleczko migdałowe z hibiskusem'

Zmień zwykłą kąpiel pod prysznicem w rozpieszczającą terapię dla ciała i zmysłów. Otul się delikatną kremową pianą oraz odprężającym zapachem mleczka migdałowego i kwiatu hibiskusa, pozwalając by formuła NutriumMoisture zadbała o odżywienie Twojej skóry. 

Cena: 13 zł

Pojemność: 250 ml

źródło: www.idoveyou.pl



Odżywczy żel pod prysznic Deeply Nourishing

Odkryj prawdziwe piękno i pozwól sobie na odżywczy seans z Dove Deeply Nourishing – prawdziwym klasykiem gatunku. Odżywczy żel pod prysznic Dove zawiera formułę NutriumMoisture™, dzięki czemu unikalna kompozycja składników nawilżających została wzbogacona o lipidy identyczne z tymi naturalnie występującymi w skórze. Wchłania się i doskonale odżywia skórę podczas kąpieli. Codzienne stosowanie pomaga przywrócić naturalne piękno skóry i zachować je na długi czas.

Cena: 13 zł

Pojemność: 250 ml

źródło: www.idoveyou.pl




Dove zawsze kojarzył mi się z bielą, czystością, kremową konsystencją, a przede wszystkim ze specyficznym dla marki, "dove'owym" zapachem, który trudno pomylić z innym. Nastawiałam się, że w odżywczym żelu i kremowym musie odnajdę właśnie ten charakterystyczny zapach, natomiast dwie pozostałe wersje zaskoczą mnie czymś nowym.

Wersja Go Fresh z figą i kwiatem pomarańczy rozczarowała mnie chyba najbardziej pod względem zapachu. Ani to kwiat pomarańczy, ani to figa - nic z tych aromatów w żelu nie wyczuwam. Jedyne, co muszę przyznać, że jest świeży, ale dla mnie jest to świeżość nieprzyjemna, kwaśnawa, przeciętna, niby rześka, ale jednak cały czas z mdławym tłem charakterystycznym dla Dove, które ujawnia się jeszcze bardziej na skórze i w kontakcie z wodą. Wydaje mi się, że jako jedyna z poznanych mi teraz wersji, może spodobać się facetom, bo jest nieco męska, choć akurat mojemu mężowi odpowiadała najmniej. Kolor tego żelu jest ciekawy - lekko niebieski.




Jeśli chodzi o zapach Purely Pampering to z opakowania wydawał mi się najbardziej obiecujący - taki miękki, słodkawy, relaksujący, wyraźnie migdałowy, otulający i nieco mdlący. Lubię takie aromaty, szczególnie w jesienno-zimowym czasie. Teraz może nie pasował idealnie, ale chyba najprzyjemniej mi się go używało biorąc pod uwagę zapach. Oczywiście tak jak i w wersji Go Fresh tak i z tego wyłazi mydlana nuta Dove, ale już nie w tak dużym stopniu. Żel ma też przyjemny kolor bieli złamanej nieco łososiowym odcieniem.




Odżywczy żel pod prysznic to już wypisz wymaluj zapach kostki myjącej Dove (swoją drogą zawsze mnie rozbawiało nazywanie ich mydła kostką myjącą, byleby tylko sprawić wrażenie wyjątkowości). W gruncie rzeczy lubię go, choć za bardzo przypomina mi proszek do prania, a z czasem staje się naprawdę nużący i niestety przez dłuższy czas nie mam wtedy ochoty na ponowny zakup produktu Dove, właśnie przez to znudzenie zapachem. Wersja odżywcza ma biały kolor żelu.




Wszystkie trzy żele mają podobną kremową i gęstą jak na żel pod prysznic konsystencję. Gładko rozprowadzają się po skórze, przyjemnie (nieznacznie) pienią tworząc taką musowatą piankę, łatwo się spłukują. Są łagodne, w żadnym wypadku nie podrażniają ciała. Sprawdzają się też w zastępstwie pianki do golenia - przy depilacji maszynka świetnie sunie po żelu i nie powoduje podrażnień. 

Nie wysuszają skóry, najbardziej delikatny pod tym względem jest moim zdaniem żel odżywczy. Bardzo dobrze myją, pozostawiając skórę oczyszczoną, gładką i miłą w dotyku. Składy kosmetyków Dove nie są imponujące, sporo tu detergentów, konserwantów, a ekstraktów naturalnych nie jest zbyt wiele, a mimo to nie zauważyłam negatywnego wpływu na skórę, wręcz przeciwnie.




Opakowania mają solidne, przyjemnie zaprojektowane bez zbędnych, natłoczonych grafik, z wygodnym otwarciem. Szkoda trochę, że nie można ich postawić na zakrętce. 

Jeśli chodzi o wydajność to wydaje mi się, że jest podobna do innych żeli, może nieco słabsza, ale to dlatego że nie oszczędzałam ich jakoś specjalnie. Co do ceny to jak na tego typu produkt jest wysoka, można dostać przecież niezły żel za połowę tej kwoty. Myślę jednak, że dla komfortu gładkiej i niewysuszonej skóry można wydać większe pieniądze, o ile oczywiście nie przeszkadza nam nużąca, mydlana kompozycja zapachowa.




Ostatni produkt, czyli kremowy mus znacząco różni się od pozostałych.

Najpierw opis producenta:

Kremowy mus pod prysznic Creme Mousse

Poczuj różnicę z kremowym musem pod prysznic Dove Deeply Nourishing. Jego niezwykle gęsta i bogata konsystencja wzbogacona jest o największą dawkę formuły NutriumMoisture™ i pozostawiają skórę wyraźnie piękniejszą już po 7 dniach stosowania.

Cena: 13 zł

Pojemność: 200 ml

źródło: www.idoveyou.pl




Często kosmetyki nazwane musami (przychodzi mi do głowy co najmniej kilka takich produktów) nie są nimi w rzeczywistości. Określane są tak np. bardziej puszyste balsamy czy masła albo nieco napompowane  kremy do twarzy. Mus Dove jest naprawdę musem! Ma niesamowicie puchatą i aksamitną konsystencję, przypominającą trochę porządnie ubitą śmietaną. Nakłada się na skórę niezwykle przyjemnie i tworzy na powierzchni delikatny, jedwabisty obłoczek.





Jeśli chodzi o zapach, to spodziewałam się podobnego do żelu odżywczego, jednak nuta mydła nie jest w nim tak denerwująca, a nawet muszę przyznać, że mi się podoba. Zapach jest kremowy, dość intensywny, trochę jakby mleczny, chociaż nadal przypominający proszek do prania. Wydaje się być produktem drogim i z wyższej półki, chociażby przez perłową, świetlistą barwę.




Poza tym, że jest niezwykle przyjemny w użyciu, to świetnie myje i posiada wszystkie zalety pozostałych żeli.  Trzeba go tylko trochę dokładniej spłukać ze względu na gęstszą konsystencję. Mam wrażenie, że właśnie on najlepiej wpływa na kondycję skóry i chociaż obietnica wypięknienia w ciągu 7 dni jest nieco na wyrost, to zauważyłam, że akurat przy tym produkcie prezentuje się najlepiej - jest wyraźnie gładsza, zadbana, ujędrniona, jakby odmłodzona. Kilka razy po użyciu musu myjącego nie zastosowałam dodatkowo balsamu ani żadnego nawilżacza, a nie odczułam żadnego wysuszenia, ściągnięcia czy jakiegokolwiek dyskomfortu.




Wadą tego produktu jest mniejsza pojemność. Wydawać by się mogło, że będzie przez to mniej wydajny, jednak zużywa się wolniej niż pozostałe, bo na jedno użycie potrzeba mniej produktu. Opakowanie także odmienne, w odróżnieniu od pozostałych można je postawić na zakrętce. Przez gęstszą konsystencję nieco trudniej wydobywa się mus z butelki.

Jeśli kiedyś jeszcze sięgnę po żele Dove (ale nieprędko, bo tymczasem mam już dość tego mydlanego i proszkowego aromatu), to w pierwszej kolejności na pewno wybiorę mus.


Za około miesiąc można spodziewać się kolejnej zbiorczej recenzji produktów Dove - tym razem będą to antyperspiranty w sprayu i w kulce.

czwartek, 30 maja 2013

Wiosenny atak na pomarańczową skórkę z Lirene: żel-krem na dzień i peeling



Przepraszam za długą nieobecność - walczyłam z brakiem czasu i blogspotem, który od kilku tygodni nie chciał ładować zdjęć do postów. Po kilkunastu nieudanych próbach podziałała w końcu ... zmiana przeglądarki. Czasem najprostsze rozwiązania okazują się być najlepsze.

Wiosna w pełni, pogoda dopisuje, więc czas pokazać trochę nogi. Chociaż całym rokiem dbam o skórę, to w okresie przedwakacyjnym, mając w perspektywie leżenie plackiem w bikini, szczególnie zwracam uwagę na częstsze balsamowanie, peelingi, no i rzecz jasna używanie preparatów wyszczuplających i antycellulitowych.

Dzisiaj opiszę dwa produkty z serii antycellulitowej Lirene: żel-krem na dzień i peeling.



INTENSYWNY ŻEL-KREM ANTYCELLULITOWY NA DZIEŃ

Opis producenta:

- REDUKUJE CELLULIT
- WYGŁADZA SKÓRĘ 
- REDUKUJE TKANKĘ TŁUSZCZOWĄ
Intensywny żel-krem wspomaga redukcję zaawansowanego cellulitu dzięki silnie skoncentrowanej formule wzbogaconej o składniki wyszczuplające i ujędrniające skórę. Substancje aktywne, wchodzące w skład receptury, wykazują właściwości wygładzające, redukując tkankę tłuszczową i przyspieszając tempo przemiany materii w komórkach skóry.

źródło: www.lirene.pl



Pojemność: 200 ml

Cena: 17 zł


Chociaż peelingu, o którym za chwilę, zużyłam już kilka (jeśli nie kilkanaście) opakowań, to żel z tej serii kupiłam po raz pierwszy. Jest lekko lepki, dość lejący i glutowaty, za to cudownie, pomarańczowo pachnie. No właśnie, zatrzymam się chwilę przy tym zapachu. Generalnie nie znoszę cytrusowych aromatów w  kosmetykach - wszystkie cytryny, pomarańcze i grejpfruty pachną mi kostkami toaletowymi albo chemikaliami do czyszczenia. O ile np. uwielbiam Ziaję i często kupuję produkty tej firmy, to seria Ziaja Pomarańczowa pod względem zapachu jest dla mnie nie do przejścia. Podobnie jest też chociażby z peelingiem cukrowym Heanu (chociaż działa świetnie, to jego zapach wywołuje u mnie odruch wymiotny) czy peelingiem Joanny - chyba w wersji Brazylijska Mandarynka.
Produkty Lirene z pomarańczowej serii jako nieliczne są według mnie obdarzone idealną kompozycją zapachową - naturalną, orzeźwiającą, soczystą, pozbawioną wszelkich chemicznych i drażniących nut.

Żel-krem na dzień (ciekawe w sumie czemu żel-krem, bo z kremem nie ma nic wspólnego) nie najlepiej się wchłania i jest to jego dość poważna wada. Skoro jest na dzień, to wypadałoby używać go szybko i bezproblemowo, tymczasem jeszcze długi czas po aplikacji lepi się niemiłosiernie i uniemożliwia założenie ubrań. Mimo tego bardzo przyjemnie mi się go używało, głównie ze względu na jego energetyzujący zapach i lekkie chłodzenie przy nakładaniu.

To długie wchłanianie może być też atutem, jeśli lubimy wykorzystać preparat tego typu jako podkład do masażu. Niestety ja na co dzień nie mam na to czasu, w szczególności w porannym pośpiechu.




Żel wyraźnie napina i wygładza skórę - taki efekt utrzymuje się kilka godzin. Skóra jest po nim bardzo przyjemna w dotyku, pokryta jakby warstwą "niewidocznego ulepszenia" (tak wiem, że to stwierdzenie jest na poziomie obecnie panującej w telewizji reklamy kremu przeciwzmarszczkowego z siłą lasera). Na dłuższą metę nie zauważyłam jednak jego pozytywnego wpływu. To dobry kosmetyk na teraz, ale nie na długofalowe działanie i poprawę stanu skóry. Porównałabym go do odżywki z silikonami czy jedwabiu w płynie do włosów - dają super efekt tylko na chwilę, podczas gdy włosy nadal pozostają zniszczone czy wypadające. Podobnie jest właśnie z tym żelem - raczej nie ma co liczyć, że zredukuje cellulit czy tym bardziej tkankę tłuszczową. Oczywiście nic nie zdziałamy bez zdrowego odżywiania i ćwiczeń, ale miałam już szereg produktów, które mimo wszystko sprawdziły się lepiej.

Produkt nie powalił mnie wydajnością, bo używałam go około miesiąca i tylko raz dziennie na partie ciała potrzebujące ujędrnienia, czyli uda, pośladki i brzuch. Już po około dwóch tygodniach tubka zaczęła prychać zwiastując rychły koniec, więc przez kolejne dni nakładałam dużo mniejsze porcje (i wtedy odkryłam, że znacznie mniejsza ilość lepiej się wchłania - trzeba było oszczędzać od początku). Przy normalnym zużywaniu pewnie już skończyłaby się po trzech tygodniach. Za cenę kilkunastu złotych czuję się trochę zawiedziona.

Opakowanie nowoczesne, dla mnie trochę przesadzone pod względem ilości haseł obiecujących super efekty. Bardziej podobała mi się poprzednia wersja tej serii - ze skórką pomarańczy. Była bardziej minimalistyczna, a przy tym sugestywna. Tym razem nowsze nie znaczy lepsze - oczywiście w mojej skromnej opinii. Tubka posiada też pozytywne cechy poprzedniej - jest lekka, stabilna, przyciąga uwagę. Kosmetyk wydobywa się z niej do samego końca bez konieczności rozcinania, ale w tym przypadku jest to raczej spowodowane żelową, lekką i rzadką konsystencją produktu.







ANTYCELLULITOWY PEELING MYJĄCY
Opis producenta:
- IDEALNIE GŁADKA SKÓRA
- STYMULUJE PROCESY REDUKCJI CELLULITU
- WYGŁADZA NIERÓWNOŚCI
Antycellulitowy peeling to skuteczny preparat myjący, wspomagający redukcję cellulitu.
Doskonale oczyszcza i odświeża skórę, pozostawiając ją jędrną, jedwabistą oraz przyjemnie pachnącą. Dzięki zawartości kompleksu kondycjonującego i gruboziarnistych drobinek złuszczająco-wygładzających, peeling zapewnia doskonałe wygładzenie skóry, poprawę jędrności i elastyczności.

źródło: www.lirene.pl





Pojemność: 200 ml

Cena: 14 zł


W sieci jest mnóstwo opinii o tym kultowym produkcie (status Kosmetyku Wszech Czasów mówi zresztą sam za siebie) i moja pewnie niewiele wniesie. Tak jak wspomniałam zużyłam już wiele opakowań tego cuda. To pochodzi z zakupów, kiedy to trafiłam na promocję w osiedlowym sklepie i wzięłam od razu trzy tuby, dlatego mam jeszcze starsze wersje designu ze skórką pomarańczy i nalepką KWC portalu Wizaz.pl.

Nie jest to peeling cukrowy ani solny, tylko z syntetycznych, polietylenowych drobinek. Ma to ogromną zaletę - można bez końca zdzierać skórę małą porcją produktu, bo w kontakcie z wodą nic się nie rozpuszcza. Peeling jest przez to niesamowicie wydajny i chociaż używam go regularnie co kilka dni, opakowanie wystarcza mi nawet na pół roku. Drobinki ścierające są dość grube, ostre i przede wszystkim jest ich mnóstwo nawet w niewielkiej ilości peelingu. Zatopione są w myjącym żelu, gęstym i cudownie pachnącym, zresztą tak jak cała seria - pomarańczowo i energetyzująco.




Co tu dużo pisać - działa rewelacyjnie. Wygładza skórę podobnie jak domowy peeling kawowy, czyli idealnie. Skóra jest po nim niewiarygodnie gładka, odświeżona, napięta, jędrna i przygotowana do dalszych zabiegów - chłonie balsamy, mleczka czy inne nawilżacze w ilości co najmniej podwójnej.

Mimo tego, że peeling jest naprawdę ostry, to nigdy nie spowodował podrażnień czy jakichkolwiek innych niedogodności. Nie ma w składzie SLS, więc nie wysusza też skóry. Dla mnie jest nie tylko gwarancją świetnego efektu, ale i lepszego samopoczucia, bo zawsze jego użycie poprawia mi humor, szczególnie w ciepłych, wiosennych i letnich miesiącach.

Jeśli chodzi o cellulit to oczywiście cudów nie ma i od pierwszego zastosowania nic się w tej materii nie zmieni, ale regularne używanie peelingu naprawdę pomaga. Przede wszystkim świetnie zapobiega nowym nierównościom, a i to co jest po wielu zastosowaniach zaczyna wyglądać lepiej.

Cena w stosunku do jakości i wydajności jest naprawdę korzystna. Od kilku lat kupuję różne peelingi zamiennie z tym i jeszcze nie spotkałam nic równie dobrego. Ostatnio spodobał mi się też peeling Ziai z czerwonej serii Rebuild, ale to już materiał na innego posta.



poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Ziołowe szampony: brzozowy Polleny-Malwy i tataro-chmielowy od Barwy



Szampony polskich firm, o prostym składzie i z ziołowymi ekstraktami należą do moich ulubionych - są tanie i skuteczne. Najczęściej sięgam po sprawdzoną Barwę (tym razem tataro-chmielową, którą mam po raz pierwszy), a ostatnio skusiłam się też na zakup Polleny Ewy w wersji brzozowej do włosów normalnych. Przez kilka tygodni używałam ich zamiennie, po kilka dni jednego, a potem drugiego szamponu.


Zacznę od recenzji produktu Barwy i oczywiście opisu producenta:


Krystalicznie czysty szampon, przeznaczony do włosów łamliwych i zniszczonych. Siła odżywczych składników chmielu odbudowuje zniszczone włosy i zapobiega ich łamaniu, zaś moc ekstraktu z tataraku wzmacnia włosy i zapobiega ich wypadaniu. Regularne stosowanie sprawia, że włosy stają się miękkie, błyszczące, idealnie gładkie i wzmocnione. Produkt nie testowany na zwierzętach.


źródło: www.barwa.com.pl



Pojemność: 250 ml
Cena: 4 zł 


Ta wersja ma jaskrawy, marchewkowo-pomarańczowy i wpadający w bursztyn kolor. Pachnie dość intensywnie, ziołowo (jakie to odkrywcze) i przyjemnie, ale trudno mi sprecyzować dokładnie ten zapach. Wyczuwam w nim coś podobnego do aromatu piwnego, więc może są to rzeczone szyszki chmielu.

Szampon nawet jak na Barwę jest wyjątkowo rzadki, wręcz płynny niczym żelowa woda. Mnie to zupełnie nie przeszkadza. Przyzwyczaiłam się już do konsystencji, jak i szerokiego otworu butelek, na które wszyscy narzekają. Po prostu bardzo lubię szampony Barwy i te niedogodności w żaden sposób nie ujmują dla mnie ich wartości.




Tataro-chmielowa wersja błyskawicznie i obficie się pieni, dzięki czemu bez problemu możemy umyć włosy tylko raz, nawet te długie. Oczyszcza genialnie każdy brud, łój, oleje - wszystko co tylko znajdzie się na włosach. Przy spłukiwaniu włosy aż skrzypią pod palcami! Uwielbiam to uczucie, kiedy używam szamponów Barwy. 

Wersja tataro-chmielowa ma dodatkowo wzmacniać włosy i zapobiegać łamaniu. O ile o wypadaniu niewiele mogę powiedzieć, bo nie narzekam (tfu tfu) teraz na ten problem, to jeśli chodzi o uszkodzenia naprawdę widać różnicę! Pod koniec butelki włosy były wzmocnione, a przy czesaniu nie tak podatne na złamania jak wcześniej. Rzadko kiedy zdarza się, by szampon miał jakikolwiek wpływ na poprawę stanu włosów, a tym razem się o tym przekonałam.

Szampon nie powoduje problemów z rozczesywaniem, jednak wydaje mi się, że wynika to z bardzo dobrej kondycji moich włosów w ostatnim czasie. Przez zimę wzięłam się porządnie nie tylko za odżywkowanie, ale też maseczkowanie i olejowanie (wcześniej bywało z tym różnie). Niedawno byłam u fryzjerki podciąć końcówki - nie było akurat mojej i obcinała mnie inna pani z salonu. Stwierdziła, że jeszcze nigdy tak łatwo nie rozczesywała kręconych włosów i dopytywała co stosuję, że są tak zdrowe. Możliwe, że przy trochę zniszczonych kudełkach, będzie je kołtunił, tak jak to bywa przy ziołowych szamponach bez silikonów.

W moim odczuciu szampon nie ma wpływu na przetłuszczanie włosów. Na drugi dzień rano może nie są jeszcze nieświeże, ale wiem że będą takie za parę godzin, więc zmuszona jestem myć je codziennie. 

Trochę mogę się przyczepić do tego, że nieco usztywnia włosy. Bez użycia odżywki nie są one tak miękkie, jakbym sobie tego życzyła. Dodatek odżywiającego produktu powoduje jednak, że lepiej się układają i sprawiają wrażenie lżejszych. Od szamponu powinnam wymagać dobrego mycia, a tu Barwa sprawdza się doskonale - od całej reszty jest arsenał odżywkowy, więc wspomnianego lekkiego usztywniania nie uznaję za wadę.



Butelka standardowa dla Barwy, niezmienna od lat, przezroczysta, o szerokim otworze, o którym wspominałam i niewygodnej nakrętce. Niby denerwująca, ale w sumie nie chciałabym żeby ją zmienili, bo wyróżnia się wśród innych, a przede wszystkim kojarzy mi się z dobrym produktem. Cena tak niska, że każdy może sobie pozwolić na eksperyment i wypróbować. Tych, którzy używają Barwy regularnie zapewne cieszy ona jeszcze bardziej. 

Ostatnio zmieniono nazwę produktu z tataro-chmielowego, na tatarako-chmielowy (kolor etykiety także zmienł się z brązowego na zielony). Nie wiem, czy zmianie uległ także skład, ale mam nadzieję, że nic przy nim nie majstrowali, bo moim zdaniem nie potrzebuje ulepszania. Ta wersja ma tylko jedną, ale bardzo zasadniczą wadę - jest chyba najtrudniej dostępna ze wszystkich. Spotkałam ją tylko raz w sklepie zielarskim i oczywiście ostatnią sztukę. W marketach czy osiedlowych drogeriach widuję wiele wersji szamponów Barwy: pokrzywową, rumiankową, jabłkową, żurawinową, itd. a tej tataro-chmielowej po prostu nie ma nigdzie, przynajmniej w mojej okolicy. 





Dla porównania recenzja szamponu brzozowego Polleny Malwy. Najpierw opis producenta:

Naturalny ekstrakt z liści brzozy wzmacnia cebulki włosowe, nadaje włosom elastyczność, koi podrażnienia skóry. Sprawia, że włosy odzyskują zdrowy wygląd, są łatwe w rozczesywaniu, mają miły zapach.

źródło: opakowanie produktu



 
Pojemność: 300 ml
Cena: 4 zł

 

Szampon brzozowy Polleny Malwy także jest rzadki, choć nie tak płynny jak opisany wyżej szampon Barwy i bardziej żelowy. Ma transparentny, jasny i brązowawy odcień. Pachnie typowo jak szampon czy woda brzozowa.

Nie będę się o nim tak rozpisywać jak o poprzedniku, bo w zasadzie wiele cech mają wspólnych. Pollena Malwa także doskonale oczyszcza włosy z wszelkich nieczystości, ale nie pieni się już tak dobrze. W zasadzie to czasami miałam wrażenie, że prawie wcale się nie pieni. Często musiałam myć włosy dwa razy pod rząd, żeby mieć pewność, że są dobrze umyte, przez co szampon tracił na wydajności. Przy tej cenie nie ma to jednak większego znaczenia.




Czym wygrywa z Barwą? Na moich włosach sprawdził się lepiej pod względem odświeżenia i ograniczenia przetłuszczania (choć jest przeznaczony do włosów normalnych) - mogłam spokojnie myć nim włosy co drugi dzień. Zużycie szamponów było więc podobne - z Barwą myłam włosy codziennie jednokrotnie, a z Polleną Malwą dwukrotnie co drugi dzień. 

Tataro-chmielowy szampon zapobiegał uszkodzeniu włosów, natomiast ten moim zdaniem miał większy wpływ na wzmocnienie cebulek. Trudno mi to dokładnie sprawdzić, przez to, że moje włosy są w dobrej formie, ale od zawsze służyło mi wszystko z dodatkiem ekstraktu z brzozy (szczególnie polecam wodę brzozową firmy Kulpol, o której pisałam na blogu tutaj: klik), także ten szampon. 

Mimo krótkiego składu z SLSem na początku nie odczułam wysuszenia kosmków ani podrażnień skóry głowy, dla której mam wrażenie, jest wyjątkowo łagodny. 



Butelka idealnie przezroczysta i wygodna, z miękkiego plastiku, z wąskim otworem dozującym i przyjemną, skromną estetyką. Szampon brzozowy jest świetnie dostępny - znajdziemy go w marketach, osiedlowych drogeriach, jak i w sieciówce Rossmann (często bywa tu w promocji nawet poniżej 3 złotych).   


Obydwa szampony bardzo dobrze mi służyły i z pewnością będę do nich wracać. Są stuprocentowo skuteczne, tanie i polskie. Czego chcieć więcej?
Na wiosnę i lato wybiorę jednak pewnie coś innego np. z rumiankiem do włosów blond, żeby podkreślić ich kolor.  

niedziela, 10 marca 2013

Kosmetyki Granatapfel: żel pod prysznic i ujędrniające masło do ciała




Kilka miesięcy temu otrzymałam do testów serię kosmetyków pielęgnacyjnych Granatapfel marki Pharmatheiss. Na wielu blogach pojawiły się już ich recenzje - ja standardowo zabrałam się za używanie z opóźnieniem. Niestety zbyt duże zapasy powodują, że często muszę zużyć starsze kosmetyki, które dobijają do daty ważności, zanim zabiorę się za testowanie nowości.

Kosmetyki dostałam w prześlicznym pudełku, starannie i estetycznie zapakowane:




Dzisiaj zrecenzuje dwa produkty: żel pod prysznic, który opiszę jako pierwszy oraz masło do ciała.


ŻEL POD PRYSZNIC

Opis żelu pod prysznic ze strony serii Granatapfel:

Orzeźwia, witalizuje, odbudowuje warstwę lipidową.
Chwile rozkoszy dzięki wyciągowi z owocu granatu oraz oliwie z oliwek tłoczonej na zimno. Unikalna kombinacja orzeźwia ciało, umysł i zmysły. Chroni skórę przed wysuszeniem i skutecznie nawilża ją.
Nie zawiera parabenów, oleju silikonowego i parafinowego.
Ważne składniki: Wyciąg z owoców granatu:
- Dzięki wysokiej zawartości rzadkiego kwasu punikowego (OMEGA – 5), który występuje w naturze wyłącznie w owocach granatu, stymuluje regenerację skóry
- Zawiera ponad 20 bioaktywnych polifenoli, więcej niż np. winogrona
- Chroni naczynia i komórki skóry przed wolnymi rodnikami
- Przeciwdziała oznakom przedwczesnego starzenia się skóry
Oliwa z oliwek extra vergine:
- Bogata w oleokantal, oleuropeinę, witaminę E oraz skwalen
- Działa przeciwzapalnie, wzmacnia tkankę łączną, poprawia nawilżenie
Pantenol
- łagodzi podrażnienia, regeneruje popękaną, szorstka skórę, poprawia elastyczność

źródło: www.granatapfel.pl



 

Pojemność:  200 ml

Cena: 30 zł



Żel pod prysznic to dla mnie kosmetyk, który powinien myć, przyjemnie pachnieć i nie kosztować fortuny. Przyznam też, że bardzo rzadko zdarza mi się wrócić do tego samego żelu - ciągle pojawiają się przecież nowości czy limitowane serie, no i wybór żeli stale jest ogromny (zawsze znajduje się jakiś, którego nie miałam i chciałabym wypróbować). 

Po przetestowaniu produktu z serii Granatapfel zmieniłam moje podejście do żeli pod prysznic pod dwoma względami. Po pierwsze - z pewnością kupię go jeszcze nie raz, a po drugie przeboleję i wydam na niego nawet te bajońskie 30 zł. Dlaczego? Bo jest doskonały pod każdym względem.

Żel ma energetyczny, czerwony kolor (na skórze wpadający w pomarańcz) i lejącą konsystencję. Gdzieniegdzie da się zauważyć w żelu smużki ciemniejszej czerwieni - przyjemnie to wygląda. Pachnie ... obłędnie! Jest na wskroś owocowy z odczuwalną przewagą świeżego granatu, rześki, lekko kwaskowaty, naprawdę nietypowy. Zapach kosmetyku jest bardzo intensywny i utrzymuje się w łazience jeszcze długo po kąpieli czy prysznicu.




Pieni się specyficznie, nie tak mocno jak tradycyjne żele z SLSem, ale delikatnie, tworząc bardziej zbitą, "twardszą" piankę (trochę podobną do tej z żeli do golenia). Po użyciu żelu skóra nigdy nie jest wysuszona, co ostatnio coraz częściej zdarzało mi się przy popularnych, drogeryjnych żelach. Nie podrażnia, jest łagodny mimo intensywnej kompozycji zapachowej.




Opakowanie tubkowe jest bardzo wygodne, łatwo się otwiera i zamyka mokrymi rękami. Wykonane jest z lekkiego, ale wytrzymałego plastiku, no i przezroczyste, co szczególnie cenię sobie w opakowaniach żeli. Często przy tubkach mam problem z wydobyciem produktu pod koniec opakowania, jednak dzięki lejącej i galaretowatej konsystencji żelu Pharmatheiss, który wypływał bez oporów, nie trzeba było rozcinać plastiku.

Z całej paczki z kosmetykami Granatapfel najbardziej zauroczył mnie właśnie ten produkt. Na pewno jest to jeden z lepszych żeli, jakie miałam kiedykolwiek przyjemność używać, o ile nie najlepszy. Polecam!



MASŁO DO CIAŁA

Opis masła do ciała ze strony serii Granatapfel:

Dla skóry dojrzałej i wysuszonej.
Granatapfel ujędrniające masło do ciała to unikalna kombinacja efektywnych substancji czynnych dla jędrnej, wypielęgnowanej skóry: wyciąg z owocu granatu w połączeniu z aktywnym kompleksem z kofeiny i Coleus Forskohlii ujędrnia skórę. Toskańska oliwa z oliwek tłoczona na zimno oraz masło Shea intensywnie ją pielęgnują.
Ujędrnia skórę na 3 sposoby:
1. Ujędrnia całe ciało
2. Przeciwdziała oznakom przedwczesnego starzenia się skóry
3. Sprawia, że wrażliwa, sucha skóra staje się miękka i milsza w dotyku
Nie zawiera parabenów, oleju silikonowego i parafinowego.
Ważne składniki Wyciąg z owoców granatu:
- Dzięki wysokiej zawartości rzadkiego kwasu punikowego (OMEGA – 5), który występuje w naturze wyłącznie w owocach granatu, stymuluje regenerację skóry
- Zawiera ponad 20 bioaktywnych polifenoli, więcej niż np. winogrona
- Chroni naczynia i komórki skóry przed wolnymi rodnikami
- Przeciwdziała oznakom przedwczesnego starzenia się skóry
Masło z owoców granatu:
- Nawilża
- Ma właściwości przeciwutleniające i chroni przed wolnymi rodnikami
- Wspomaga regenerację komórek i stymuluje syntezę kolagenu
Oliwa z oliwek extra vergine:
- Bogata w oleokantal, oleuropeinę, witaminę E oraz skwalen
- Działa przeciwzapalnie, wzmacnia tkankę łączną, poprawia nawilżenie
Kofeina
- Stymuluje przemianę materii
- Poprawia mikrokrążenie krwi w tkankach skóry
- Zwiększa sprężystość skóry
Coleus Forskohlii
- Zwana pokrzywą indyjską, roślina rosnąca na terenach Azji Południowo-Wschodniej
- Wspomaga proces redukcji tkanki tłuszczowej
masło Shea
- Masło SHEA (1-5%) stymuluje aktywność komórek do walki ze starzeniem się, odnawia sam naskórek. Posiada naturalny filtr przeciwsłoneczny.

źródło: www.granatapfel.pl 



Pojemność:  300 ml

Cena: 80 zł


Pierwszy kontakt z tym masłem nie należał do udanych. To dlatego, że bardzo ciężko się wsmarowuje, bieli skórę i pachnie, choć podobnie do żelu, to jednak nieco chemicznie, czego nie lubię. Użyłam go 2-3 razy na całe ciało po wieczornej kąpieli i ... zmęczyło mnie. Odłożyłam je więc na jakiś czas do szafki.

Po wykończeniu kolejnego z preparatów antycellulitowych przejrzałam zapasy i pomyślałam, że skoro masło Granatapfel jest ujędrniające, to może zastąpi mi poranny kosmetyk do zadań specjalnych. Stosowałam je na uda, pośladki i brzuch codziennie przez prawie dwa miesiące (i to w sporej ilości - naprawdę zaskoczyło mnie swoją wydajnością).




Kosmetyk jest gęsty i kremowy, choć nie tak zbity jak typowe masło. Tak jak wspomniałam bardzo długo się wchłania, ciężko rozprowadza i mocno bieli. Niestety jego rozprowadzenie zajmowało mi znacznie więcej czasu niż nałożenie żelu wyszczuplającego czy antycellulitowego, do czego jestem przyzwyczajona. Wydaje mi się jednak, że były to działania sprzyjające skórze, bo codzienny dłuższy masaż sprawił, że stała się znacznie bardziej jędrna i jakby "gęsta". Nie wiem na ile to zasługa samego kosmetyku, a ile jego żmudnego wcierania, niemniej jednak masło przyczyniło się do poprawy stanu skóry w problematycznych miejscach. Oczywiście nie jest to preparat typowo antycellulitowy, więc nie będę go oceniać pod tym kątem, ale w kwestii ujędrnienia spisał się świetnie.




Moim zdaniem to za ciężki kosmetyk do codziennego użytku dla skóry normalnej. Sprawdzi się raczej w przypadku bardziej wymagającej - problemowej, suchej czy dojrzałej.

Ostatecznie bardzo się z nim polubiłam. Shociaż na początku zastanawiałam się, jak dam radę zmęczyć aż 300 ml tej mazi, to pod koniec używania już żałowałam, że się skończy. Nie planuję ponownego zakupu, bo chociaż masło ma dużo zalet, to jednak cena 80 zł jest dla mnie zaporowa i póki co nie stać mnie na takie wydatki.



Opakowanie bez zastrzeżeń - lubię słoiczki, bo można wykorzystać kosmetyk do samego końca. Ten szczególnie mi się spodobał, bo jest przezroczysty i ma estetyczne, metalowe wieczko. Po zużyciu masła można odlepić naklejki i wykorzystać opakowanie np. do przechowywania drobiazgów.

Seria Granatapfel zawiera naprawdę dobre jakościowo kosmetyki, jednak ich wysokie ceny i słaba dostępność nieco ujmują im atrakcyjności.

środa, 20 lutego 2013

Żel i płyn micelarny BeBeauty


Dzisiaj post o blogowych hitach - żelu i płynie micelarnym z Biedronki. Zapewne większości z Was znudziły się już notki o tych produktach, ale może dacie radę przeczytać jeszcze jedną.


Najpierw o żelu micelarnym ze strony BeBeauty:

Hypoalergiczny preparat w postaci żelu micelarnego delikatnie oczyszcza wrażliwą skórę twarzy i oczu. Struktury micelarne zapewniają niezwykle wysoką skuteczność oczyszczania, dokładnie usuwają makijaż i zanieczyszczenia nie naruszając bariery hydrolipidowej naskórka. Zawarty w preparacie d-panthenol zapewnia naturalny poziom nawilżenia, łagodzi podrażnienia oraz przynosi uczucie natychmiastowego ukojenia. Skóra staje się gładka i czysta. Odzyskuje uczucie świeżości i komfortu.

źródło: www.bebeautycare.pl




Cena: 5 zł

Pojemność: 150 ml


Od dawna wykreśliłam ze swojej pielęgnacji wszelkie żele z SLS-em (do tej pory nie mogę zrozumieć jak przez kilka lat mogłam katować moją skórę preparatami do mycia skóry problemowej, które tylko pogarszały sytuację wysuszając i powodując wzmożoną produkcję sebum). Teraz oczyszczam twarz głównie płynami micelarnymi, ale także olejkami hydrofilnymi lub żelami bez drażniących składników.

Żel BeBeauty od razu zwrócił moją uwagę w Biedronce, chociaż zakupiłam go dopiero po pierwszej fali internetowych zachwytów. Ma konsystencję kisielu (kiślu? nigdy nie wiem), jest przezroczysty i odrobinę lepkawy. Pachnie oryginalnie, delikatnie, coś jak jagody pomieszane z budyniem, kojarzy mi się z zapachem limitowanego żelu pod prysznic 'Borówka i wanilia' z Alterry (pisałam o nim tutaj). Podoba mi się, chociaż kłóci się to z ideą kosmetyku hypoalergicznego, który powinien być raczej bezzapachowy.




Żel praktycznie się nie pieni, co jest dla mnie ogromnym plusem, ale osobom przyzwyczajonym do drogeryjnych żeli może to przeszkadzać. Nie potrzeba go wiele, by dobrze oczyścić twarz z zanieczyszczeń - mnie wystarcza porcja wielkości laskowego orzecha. Jeśli chodzi o mycie twarzy nie mam do niego zastrzeżeń pod względem skuteczności, jednak zupełnie nie nadaje się do oczu. Makijaż potwornie się rozmazuje, zarówno ten wyjściowy jak i codzienny, pozostaje na powiekach i wokół nich w postaci ciemnego kleksa. Do tego oczy po użyciu preparatu okropnie szczypią, są zaczerwienione i podrażnione, a nie mam ich jakoś specjalnie wrażliwych. Podsumowując - zmywając makijaż oczu tym żelem wyglądam jak zapłakana panda z czarnymi podkówkami.

Jestem przeczulona na punkcie ściągania i wysuszania twarzy przez wszelkie preparaty oczyszczające i niestety żel BeBeauty powoduje u mnie w tej kwestii lekki dyskomfort. Myślę, że dla większości osób będzie odpowiedni, jednak doradzałabym ostrożność w przypadku suchych cer (ja mam tłustą i odczuwam odrobinę ściągnięcia po myciu).




Opakowanie wygodne, higieniczne i o przyjemnej estetyce. Tubę stawia się na zakrętce i szczególnie pod koniec używania nie trzeba męczyć się z wyciskaniem preparatu. Cena świetna jak to zwykle bywa przy produktach Be Beauty.

Nie jest to zły żel, chociaż nie podzielam zachwytów większości. Moim zdaniem nieporównywalnie lepiej spełniają swoje zadanie np. olejki myjące z Biochemii Urody - łagodnie oczyszczają zarówno twarz jak i oczy (o olejku myjącym 'Drzewo herbaciane' pisałam tutaj). Zużyję oczywiście do końca, ale nie przewiduję ponownego zakupu.



Na drugi rzut opiszę płyn micelarny. Pomimo tego, że już od dawna jest w sprzedaży nie ma o nim jeszcze informacji na stronie BeBeauty. Zacytowane poniżej obietnice producenta pochodzą z opakowania produktu:

Delikatnie oczyszcza wrażliwą skórę twarzy oraz oczu z makijażu, także wodoodpornego oraz zanieczyszczeń. Pełni funkcję toniku, działa łagodząco i odświeżająco. Przywraca komfort czystej skóry bez uczucia ściągnięcia.



Cena: 4,50 zł

Pojemność: 200 ml



Przetestowałam już sporo płynów micelarnych, w większości z niższej półki cenowej. Ponieważ to jeden z produktów, który zużywam w dużych ilościach na bieżąco, ciągle szukam ideału o jak najniższej cenie. Płyn BeBeauty wydawał się więc perfekcyjnym kandydatem.

Pachnie dość intensywnie zieloną herbatą i chociaż nie znoszę tego zapachu w przypadku kosmetyków typu żel do mycia czy balsam do ciała, to w płynie BeBeauty wyjątkowo mi pasuje. Jest niezwykle orzeźwiający (złamany trochę aromatem kwiatowym), co przy porannej toalecie jest jak najbardziej wskazane. Z drugiej strony płyn BeBeauty jest rekomendowany (podobnie jak żel) jako produkt przeznaczony dla skóry wrażliwej i hypoalergiczny, więc trudno zrozumieć dlaczego jest tak mocno naperfumowany.

Oczyszcza skutecznie, ale nie idealnie i czasem przy mocniejszym makijażu muszę użyć kilku wacików, by pozbyć się wszystkich resztek. Przy porannym oczyszczaniu wystarcza mi tylko jeden płatek z płynem, więc nie jest źle. Odświeża rewelacyjnie, choć w moim odczuciu nie działa nawilżająco tak jak tonik i zawsze po zastosowaniu tego płynu używam dodatkowo hydrolatu.

Skóra po przemyciu płynem nie lepi się, jest świeża i oczyszczona. Używałam tego płynu w duecie z żelem micelarnym i zauważyłam, że twarz z czasem stała się bardziej wysuszona - musiałam wspomagać się nawilżającymi maseczkami i tłustszym kremem. Nie wiem, czy to tylko "zasługa" żelu micelarnego czy także płynu.

Do oczu jest świetny - rozpuszcza i dokładnie oczyszcza powieki z wszelkiego makijażu. Przy mocnejszym trzeba oczywiście użyć dwóch wacików, ale naprawdę rzadko spotyka się płyn micelarny o takiej skuteczności w zmywaniu make-upu ocznego. Nie spowodował u mnie żadnego podrażnienia ani szczypania. W tej roli wolę jednak mimo wszystko płyny dwufazowe, bo przyzwyczajona jestem do tłustej powłoczki wokół oczu, a po tym płynie mam niestety uczucie lekkiego ściągnięcia.





Butelka jest świetna! Nieduża, poręczna i estetycznie wykonana. Na największą uwagę zasługuje genialnie zaprojektowany dozownik - wystarczy tylko lekko nacisnąć, a klapka odchyla się i uwalnia otwór dozujący. Dzięki temu zaoszczędzamy trochę czasu, szczególnie w porannym pośpiechu. Dziurka jest co prawda nieco za szeroka, ale szybko można się przyzwyczaić, by nie wylewać przez nią zbyt dużo płynu.

Cena naprawdę niska - nie wiem, czy można gdzieć kupić jeszcze tańszy płyn micelarny (choć możliwe, że jakimś markecie). Wydajność tego płynu jest jednak nieco słabsza niż innych używanych przeze mnie dotychczas.


Moja opinia wyrażona najprościej to: dobre, tanie, ale bez szału.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...