piątek, 17 sierpnia 2012

Kurczak marynowany Okrasy

 



Kolejny post z cyklu przysmaków proponowanych przez akcję Lidla. Tym razem wybrałam przepis Karola Okrasy na kurczaka marynowanego mieszanką miodu, sosu sojowego, czosnku i soku z cytryny. W zestawie kucharz proponował jeszcze chłodnik i pieczone ziemniaki, ale z braku czasu zdecydowałam się tylko na przyrządzenie podudzi.




Składniki:
- 6 podudzi kurczaka
- 6 łyżeczek naturalnego miodu np. wielokwiatowego
- 4 łyżeczki sosu sojowego
- cytryna
- ząbek czosnku
- szczypta chili w proszku

Potrzebne akcesoria:
naczynie żaroodporne

Ilość porcji: 3
Koszt potrawy: ok. 10 zł
Cena za porcję: 3,30 zł
Trudność: Łatwe
Czas przygotowania: 5 min
Czas oczekiwania: 20 min
Czas pieczenia: ok. 60 min


Podudzia opłukujemy i osuszamy. W miseczce łączymy miód, sos sojowy, pokrojony w plasterki czosnek, sok wyciśnięty z połowy cytryny i szczyptę chili. Do marynaty wrzucamy kurczaka, dokładnie mieszamy, zakrywamy folią i wkładamy do lodówki. Po około 20 minutach wyjmujemy, przekładamy kurczaka i marynatę do naczynia żaroodpornego, dokładamy też pokrojoną w małe kawałki drugą połowę cytryny. Kurczaka pieczemy w piekarniku w temperaturze ok. 180 stopni przez około godzinę. W trakcie pieczenia kilka razy obracamy podudzia i polewamy marynatą z tłuszczem z pieczenia.

Moim zdaniem kurczak potrzebuje dłuższego pieczenia niż zalecane przez Okrasę 40 minut. Mięso było jeszcze wtedy częściowo surowe, dlatego zmodyfikowałam nieco przepis. Być może to kwestia mojego piekarnika.

Kurczak rzeczywiście przepyszny, skórka wyśmienita, aromatyczna, o smaku cytryny, której kwaśność przełamuje miód. Nieco rozczarował mnie sam sos, choć bardzo dobry, to wyszedł rzadki i nie wyglądał tak apetycznie jak na filmiku ze strony www.kuchnialidla.pl, ale można go przecież zagęścić mąką.

Polecam przepis, bo jest prosty w wykonaniu, składniki niedrogie i łatwo dostępne, a smak dzięki połączeniu miodu i cytryny naprawdę oryginalny. Może nie wygląda tak efektownie jak tarta z łososiem Pascala z poprzedniego tygodnia, ale dla tego smaku warto się skusić.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Bezwysiłkowe powidła śliwkowe








Dzisiaj przepis na powidła śliwkowe. Według mnie są doskonałe - idealne w smaku i konsystencji, nie za słodkie. Najważniejsze jednak, że nie wymagają zbyt dużego nakładu pracy. Nie trzeba stać kilka godzin przy kuchni i mieszać, co zawsze zniechęcało mnie do przygotowywania domowych dżemów i powideł. Przepis znalazłam tutaj: klik.






Składniki:
- 3 kg śliwek bez pestek
- 0,5 kg cukru
- 3 łyżki octu

Potrzebne akcesoria:
duży garnek, spora łyżka, słoiki i nakrętki



Ilość porcji: ok. 3 duże, półlitrowe słoiki
Koszt potrawy: ok. 12 zł
Cena za porcję (słoik): 4 zł
Trudność: Średniotrudne
Czas przygotowania: 10 min
Czas oczekiwania: 24 godziny
Czas gotowania: ok. 3,5 godz. 

Z umytych śliwek usuwamy pestki, dopiero potem ważymy. Na 3 kg śliwek bez pestek potrzebujemy 0,5 kg cukru i 3 łyżki octu, oczywiście możemy modyfikować proporcje według naszych potrzeb. Śliwki pozbawione pestek wrzucamy do dużego garnka, zaspujemy cukrem, dolewamy ocet i dokładnie mieszamy. Odstawiamy na całą dobę.

Po upływie wyznaczonego czasu ustawiamy odkryty (!) garnek na niewielkim gazie. Gotujemy 3 godziny, ale uwaga, w tym czasie nic nie mieszamy! Dopiero po 3 godzinach zaczynamy bardzo często mieszać aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji powideł. Może to trwać około 15-20 minut. Konsystencję sprawdzamy nakładając odrobinę powideł na zimny spodeczek - jeśli po ostudzeniu nam odpowiada, przestajemy mieszać i wyłączamy gaz. Gorące powidła nakładamy do wyparzonych słoików i zakręcamy.



Tutaj zdjęcie powideł tuż przed rozpoczęciem mieszania:



Uwaga 1. W żadnym wypadku nie mieszamy podczas pierwszych 3 godzin gotowania! Uwierzcie mi, że nic się absolutnie nie przypala!
Uwaga 2. Możemy dowolnie modyfikować proporcje, ale zmienia się wtedy czas gotowania np. przy 1 kg gotujemy bez mieszania 1 godzinę, przy 2 kg 2 godziny itd. Oczywiście musimy też dobrać do ilości śliwek odpowiedni wielkością garnek.
Uwaga 3. Gwarancją sukcesu przy tworzeniu przetworów jest odpowiednie przygotowanie słoików i nakrętek. Przede wszystkim nie mogą być wyszczerbione, brudne, nakrętki zardzewiałe itp. Przed nałożeniem powideł należy dokładnie wyparzyć słoiki i nakrętki, a także przed samym zakręceniem wytrzeć (idealnie!) do sucha brzegi nakrętki i "szyjkę" słoika.


 

sobota, 11 sierpnia 2012

Kokosowy olejek do opalania ze złocistym pyłem SPF 6 Dax Cosmetics






O olejku kokosowym Daxa czytałam mnóstwo pozytywnych opinii, więc skusiłam się na niego przed wyjazdem nad morze do Łeby. To moje pierwsze zetknięcie z formułą olejku jeśli chodzi o opalanie, do tej pory używałam wyłącznie balsamów i kremów.


Opis producenta:

Kokosowy olejek SPF 6 zapewnia bezpieczeństwo skórze o niskiej wrażliwości na promienie słoneczne lub mocno opalonej.
Skuteczną ochronę przed oparzeniami słonecznymi gwarantuje fotostabilny system filtrów ochronnych UVA / UVB Balance, zgodny ze standardami UE. Intensywną pielęgnację zapewnia olej kokosowy. Chroni skórę przed wysuszeniem, odpowiednio nawilża, uelastycznia i wygładza. Rozświetlenie opalenizny zapewniają złote drobinki, które nadają skórze dyskretny, złocisty blask.



 


Skład: Paraffinum Liquidum, Isopropyl Myristate, Octocrylenre, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Coco Nucifera Oil, Gardenia Tahitensis Flower Extract, BHA, Parfum, Polyethylene Terephthalate, Aluminum, CI 15850, CI 19140.

Pojemność: 150 ml

Cena: ok. 18 zł




Dla mnie to kosmetyk denerwujący i zachwycający jednocześnie.

Dlaczego denerwujący?

Ano ze względu na konsystencję. Jak wskazuje nazwa produktu jest to olejek, dość tłusty. Psikając go na skórę i wcierając dłońmi pozostawia ciało delikatnie natłuszczone i nieco lepkie - da się przeżyć. Gorzej z dłońmi, bo leżąc na plaży nie ma jak się umyć i wytrzeć, a ręce kleją się do wszystkiego, po chwili są już całe w piasku, grrrr. Przy takim używaniu olejek jest bardzo wydajny, jednak chroni skórę w mniejszym stopniu.

Używałam go też psikając bezpośrednio ciało i nie wcierając. Aplikacja jest dość żmudna, ale dłonie pozostają suche, przez co zwiększa się komfort dłuższego przebywania na słońcu. Skóra chroniona jest dużo lepiej ze względu na grubszą, ochronną warstwę preparatu. Niestety, wyglądam i czuję się wtedy jak polana olejem słonecznikowym, cała świecąca, tłusta i lepka. Olejek ubywa też z opakowania w błyskawicznym tempie.

Idealnym rozwiązaniem wydaje się być naolejkowanie przed wyjściem na plażę, ale to także odpada przynajmniej w moim przypadku, gdyż ubrania kleją się do ciała i czuję się niekomfortowo.

Bez wątpienia olejek Daxa wyróżnia zapach - cudowny, przesmakowity aromat kokosowo-waniliowych ciasteczek, intensywny i długotrwały. Normalnie chciałoby się nim polewać gofry! Słodkość i intensywność zapachu przykuwa uwagę jednak nie przystojnych plażowiczów, a chmar owadów, głównie żądnych słodyczy os ...

Dlaczego zachwycający?

Przede wszystkim przez zawartość cudnie iskrzących drobinek, które wyglądają prześlicznie, szczególnie na opalonej skórze. Nie jest to tandetny, wielki brokat, a takie złociste, dyskretne ale zauważalne rozświetlenie, naprawdę bardzo mi się podoba. Jeśli chce się uzyskać efekt roziskrzonej skóry, ale faktor tego produktu jest dla nas za słaby, można używać też olejku na inny produkt do opalania np. balsam z wysokim filtrem.
 




Olejek jest odporny na wodę przez duże W. Chroni rewelacyjnie podczas kąpieli. Nie trzeba nawet powtarzać aplikacji preparatu po zamoczeniu w wodzie - sprawdziłam na własnej skórze. Wydaje mi się jednak, że po wytarciu ręcznikiem przyda się dodatkowa warstwa.


Mam skórę podatną na oparzenia słoneczne, powinnam smarować się filtrami o znacznie wyższym faktorze, jednak chęć opalenia się jest zazwyczaj większa niż zdrowy rozsądek. Olejek Daxa sprawdził się na mojej skórze znakomicie w największych w te wakacje upałach (trafiliśmy na najlepszą pogodę!). Miałam opaleniznę niemal od razu zbrązowiałą, choć zazwyczaj spalam się na czerwono a potem cierpię, kiedy złazi mi skóra. A tutaj rewelacja! Żadnych cierpień, łuszczenia i poparzeń. To chyba moje pierwsze opalanie bez Pantenolu od wielu lat.







Opakowanie estetyczne, wygodnie trzyma się je w dłoni. Aplikator świetny, nie zacina się, bez problemu przepsikują się przez niego iskrzące drobinki. Obawiałam się, że ze względu na tłustą formułę opakowanie będzie się oblepiać, otłuszczać, a naklejka odlepiać od butelki, jednak nic takiego się nie działo. Zresztą na zdjęciu można zobaczyć, że wygląda jak z półki sklepowej.



czwartek, 9 sierpnia 2012

Tarta z łososiem, mozzarellą i pomidorami Pascala


Od kilku tygodni bombardują nas bilboardami oraz reklamami w radiu i telewizji wizerunkiem kucharzy - Pascala i Okrasy. Początkowo spodziewałam się, że to kolejny program kulinarny komercyjnej telewizji, mający na celu zgromadzenie połowy Polski przed telewizorami. Kiedy okazało się, że jest to promocyjna akcja mojego ulubionego marketu - Lidla oraz na czym polega, nastawiłam się bardzo pozytywnie. Na pierwszy ogień postanowiłam wypróbować przepis Pascala na szybką tartę z łososiem, mozzarellą i pomidorami.



Składniki:
- opakowanie ciasta francuskiego
- 5 jajek
- 100 ml śmietanki 30%
- 2 średnie pomidory
- opakowanie łososia wędzonego
- kula mozzarelli
- pół pęczka szczypiorku
- odrobina masła do nasmarowania blachy
- odrobina mąki
- świeża bazylia, sól, pieprz

Potrzebne akcesoria:
forma do tarty (ok. 26 cm), wałek

Ilość porcji: 3
Koszt potrawy: ok. 20 zł
Cena za porcję: 6,70 zł
Trudność: Średniotrudne
Czas przygotowania: 15 min
Czas pieczenia: ok. 30 min

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni. Pomidory sparzamy, usuwamy skórkę, wykrawamy gniazda nasienne i kroimy miąższ w kosteczkę. Jajka rozkłócamy, dodajemy do nich śmietankę i łączymy. Ciasto francuskie cienko rozwałkowujemy na posypanym mąką blacie. Formę do tarty natłuszczamy masłem, wkładamy ciasto do formy, przyciskamy mocno do brzegów i dna blaszki, nakłuwamy widelcem oraz usuwamy nadmiar ciasta z brzegów. Na tak przygotowanym cieście układamy naprzemiennie porcje wędzonego łososia i cienkie plastry mozzarelli, doprawiamy solą i pieprzem. Posypujemy całość szczypiorkiem i pokrojonymi pomidorami. Na koniec zalewamy masą jajeczną, dodajemy na wierzch posiekaną, świeżą bazylię i wstawiamy do piekarnika na około pół godziny.


Tarta przed upieczeniem:




Tarta po upieczeniu:



Przepis zredagowałam dość skrótowo, jeśli coś jest niezrozumiałe najlepiej sięgnąć do źródła, czyli filmiku instruktażowego Pascala na stronie akcji: www.kuchnialidla.pl
Tarta zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, smakowała nawet mężowi, który na obiad bez mięsa początkowo kręcił nosem. Wyczuwalny jest przede wszystkim łosoś i jajka, ale także pozostałe składniki. Świetnie ciągnie się upieczona mozzarella, bazylia i pomidory doskonale się komponują z resztą składników. Przepis można z powodzeniem modyfikować, mam już nawet kilka pomysłów. Jedyne do czego mogę się przyczepić to nieco zawyżona liczba porcji - myślę, że starczy dla 2-3 osób, na pewno nie dla 4.

Zaskoczona jestem wspaniałą organizacją całej akcji, przede wszystkim cieszy mnie to, że wszystkie produkty potrzebne do wykonania dań w danym tygodniu są naprawdę w atrakcyjnych cenach! Przykładowo ciasto francuskie - 1,99 zł, łosoś - 4,99 zł, świeże zioła: bazylia i tymianek - 3,29 zł, i uwaga - słoiczek suszonych pomidorów za 4,14 zł! Zrobiłam właśnie spory zapas pomidorów, bo zwykle kupuję je w cenie ok. 7 złotych.

Już nie mogę się doczekać kolejnych, inspirujących i promocyjnych tygodni!

środa, 8 sierpnia 2012

Kremowy żel do stóp Be Beauty





Dzisiaj krótka recenzja letniego kosmetyku z oferty Be Beauty - kremowego żelu do stóp przeciw nadmiernej potliwości. Dlaczego letniego? Zapraszam do przeczytania.

Opis produktu ze strony Be Beauty:

Antyperspirujący preparat do stóp o lekkiej, żelowej konsystencji oraz energizującym zapachu cytryny, pomarańczy i mentolu to jeden z kosmetyków z linii Foot Expert!v. Zapobiega nadmiernej potliwości pozostawiając przyjemne uczucie świeżości i komfortu. Preparat szybko się wchłania, umożliwiając aplikację na chwilę przed założeniem obuwia.
Jak działa?
- Ekstrakt z szałwii i tymianku posiadają właściwości antybakteryjne
- Talk aktywnie zmniejsza pocenie się stóp absorbując nadmiar wilgoci
- Gliceryna wykazuje silne działanie zmiękczające i nawilżające
- Pantenol wspomaga procesy odnowy, łagodzi podrażnienia
- Mentol pozostawia uczucie komfortu, odprężenia i świeżości.

źródło: www.bebeautycare.pl




Skład: Aqua, Glycerin, Talc, Aluminium Starch Octenylsuccinate, Propylene Glycol, Propylene Glycol (and) Thymus Vulgaris (Thyme) Herb Extract, Propylene Glycol (and) Aqua (and) Salvia Officinalis (Sage) Leaf Extract, Panthenol, Menthol, Disodium EDTA, Carbomer, Xanthan Gum, Sodium Polyacrylate, Sodium Hydroxide, Sodium Citrate, Parfum, Limonene, Citral, Linalool, Methylparaben, Propylparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane-1, 3-Diol, CI 42090


Pojemność: 75 ml

Cena: 2,50 zł


Kosmetyk ma konsystencję dość rzadkiego, lekko lepkiego, ale zdecydowanie nie kremowego żelu. Kolor podobny do tego z opakowania - energetyczna i wdzięczna miętka a la pasta do zębów. Pachnie intensywnie mentolem, ale wyczuwam też jakąś nutę odświeżacza powietrza czy środka do czyszczenia. Takie zapachy w przypadku żelu pod prysznic czy balsamu są dla mnie nie do przejścia, ale jako antyperspirant do stóp jestem w stanie przeżyć.




Żel wchłania się błyskawicznie i od razu genialnie chłodzi. Właśnie to chłodzenie, wyczuwalne przez długi czas po aplikacji, jest dla mnie największym plusem tego produktu. Najprzyjemniej używa się go latem, zarówno przed wyjściem na upał, jak i po powrocie do domu po męczącym, gorącym dniu. Jeśli chodzi o działanie antyperspiracyjne to spisuje się przeciętnie. Nie zapewnia całodziennej ochrony, choć faktycznie przedłuża świeżość stóp na kilka godzin. Na szczęście używaniu żelu nie towarzyszą atrakcje w postaci zsypującego się talku czy denerwującej, suchej powłoki, jak to ma miejsce przy niektórych preparatach przeciw potliwości stóp. Nie nawilża i nie pielęgnuje w moim odczuciu, ale nie takie jest jego zadanie.

Niestety żel jest niewydajny, przy codziennym smarowaniu nie starcza mi nawet na miesiąc. Opakowanie bardzo estetyczne i wygodne, z solidnym, klikowym zamknięciem. Miękka tubka pozwala wydobyć kosmetyk niemal do samego końca. Cena groszowa, bo 2,50 zł, więc nie szkodzi spróbować.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Recenzje mini produktów The Secret Soap Store: żelu bambus z miętą oraz masła antycellulit i ujędrnianie




Na zjeździe blogerek w Warszawie otrzymałam trzy produkty The Secret Soap Store: mini żel pod prysznic Bambus i mięta, mini masło do ciała antycellulit  i ujędrnianie ze świeżym sokiem owocowym oraz krem do rąk z masłem Shea o zapachu passiflory.
Przyznam szczerze, że wcześniej o tej marce nie słyszałam. Z jednej strony byłam ciekawa nowych produktów, ale z drugiej trochę odpychały mnie zapachy, bo generalnie nie przepadam za wszystkim, co świeże i cytrusowe. Zaczęłam więc używać kremu do rąk, ale miniaturki odłożyłam w głąb szafki. Przypomniałam sobie o nich przed wyjazdem nad morze i pomyślałam, że może zabiorę je na wyjazd. Przetestowałam i jestem naprawdę pod wrażeniem. Na pierwszy rzut recenzja żelu bambusowo-miętowego.





Informacje od producenta:


Seria Bambus z miętą

Mięta pieprzowa. To jedno z najpopularniejszych polskich ziół. Mięta jest nie tylko popularna, powszechna ale i wielozadaniowa. Jej zielone listki zawierają całe bogactwo aromatycznych i pożytecznych składników, takich jak: olejek lotny, kwas askorbinowy, rutyna, betaina, witaminy C i A oraz żelazo.
Bambus. Ta niezwykle smukła roślina potrafi urosnąć nawet metr w ciągu doby. Sok z jej liści bogaty w sole mineralne, mikroelementy i olejki eteryczne pobudza skórę do działania, przyspiesza przemianę materii, usprawnia wydalanie toksyn. Dzięki temu po zastosowaniu kosmetyków zawierających olejki bambusowe skóra staje się gładsza, świeża i ma ładniejszy koloryt.
Seria zawiera:
- sól do kąpieli
- mleko do kąpieli
- płyn do kąpieli
- żel pod prysznic
- olejek w żelu do ciała i do masażu
- mydło w kostce

źródło:  www.scandiacosmetics.pl

Pojemność: 200 ml


Cena: ok. 19 zł



Żel nie należy do bardzo gęstych, ale też nie lejących. Co najdziwniejsze, kosmetyk zmienił barwę w trakcie używania - z ciemnej, trochę fluorescencyjnej mięty na jasnozieloną trawkę. Myślę, że na zdjęciach widać dokładną różnicę. Początkowo myślałam, że może się zepsuł, ale nic się nie zmieniło poza kolorem, zarówno konsystencja, zapach jak i działanie. Hmm, magia po prostu.

Pachnie świeżo, ale oryginalnie, znacznie bardziej bambusowo niż miętowo, w zasadzie mięta jest tylko delikatne zaakcentowana. Odpowiada mi, a to rzadkość, żebym polubiła jakiś świeży zapach żelu. Myślę, że jest na tyle bezpieczny i dobrze skomponowany, że większość konsumentów umieści go w kategorii "ładny". Wydaje mi się, że z powodzeniem sprawdzi się też u mężczyzn.

Pieni się specyficznie, coś a la pianka z żelu do golenia. Jest wydajny, bo potrzeba go naprawdę odrobinę żeby się umyć. Myślałam, że miniaturka starczy mi na góra 2-3 razy, ale używałam żelu znacznie dłużej. Myje bez zarzutu i nie wysusza skóry, za co ogromny plus.

Moim zdaniem cena jak na żel pod prysznic wysoka, ale przy tej wydajności można przeżyć. Kusi mnie szczególnie inna wersja zapachowa Serii Rewitalizującej - Drzewo cedrowe z pieprzem. Jak wykończę zapas żeli, to pewnie się skuszę.






A teraz prawdziwa perełka, czyli ...

SPA masło do ciała antycellulit i ujędrnianie ze świeżym sokiem cytrusowym

Naturalne kwasy owocowe AHA zawarte w cytrusach i żurawinie szczególnie zalecane w przeciwdziałaniu procesowi starzenia się skóry, jako że wpływają na redukcję zmarszczek powierzchownych, poprawiając spoistość i zwartość skóry. Są czynnikiem determinującym lepsze nawilżenie oraz elastyczność skóry. Doskonałe w leczeniu przebarwień skóry, rozstępów, trądziku oraz blizn potrądzikowych. Przy zwalczaniu cellulitu kwasy owocowe znajdują zastosowanie jako stymulatory mikrocyrkulacji, jak i nośniki innych substancji aktywnych. Algi brązowe skutecznie wspomagają walkę z cellulitem.
Owocem drzewa pomarańczowego, które rozprzestrzeniło się z obszarów tropikalnej Azji, jest spora kulista jagoda koloru pomarańczowego. To prawdziwa skarbnica zdrowia, witamin i minerałów. Olejek pomarańczowy ma działanie antyoksydacyjne, łagodzące, przeciwzmarszczkowe i antynowotworowe. Działa dezynfekująco, polecany jest dla poszarzałej, mieszanej i tłustej cery oraz w przypadku cellulitu.

Olejek cytrynowy pochodzi z Indii, Południowych Włoch, Izraela, z USA, Gwinei, Cypru posiada właściwości bakteriobójcze i bakteriostatyczne, przeciwzapalnie. Poprawia funkcje systemu immunologicznego, przyspiesza gojenie się ran.
Świeżo wyciskany sok cytrynowy źródło witamin i minerałów. Sok dodawany bezpośrednio po wyciśnięciu pozwala na uwolnienie sił witalnych.
Algi brązowe Dobroczynne działanie alg na skórę jest związane z ich działaniem odżywczym i nawilżającym. Poprawiają ukrwienie, przywracają naturalne pH, regulują czynności gruczołów łojowych. Glony są wykorzystywane w preparatach do profilaktyki i leczenia cellulitu, rozstępów, trądziku. Sproszkowane algi stosuje się do okładów, zawijań, kąpieli regenerujących.

Algi są znakomicie przyswajane przez tkanki ludzkie, ponieważ skład chemiczny ich plazmy podobny jest do składu plazmy człowieka. W ich składzie znajdują się aminokwasy, białka, lipidy, witaminy (A, z grupy B oraz C, E) i mikroelementy( wapń, jod, kobalt, cynk, miedź,magnez, brom, żelazo, mangan).

źródło:  www.scandiacosmetics.pl

Pojemność: 230 ml

Cena: ok. 60 zł




Kosmetyk dostał tytuł Doskonałości Roku Twojego Stylu i ... nie dziwię się dlaczego, bo jest doskonały. To jeden z niewielu produktów, w których zakochałam się od pierwszego maźnięcia. 

Ma cudowną, musową, lekką konsystencję, jaskrawy, jasno-żółtozielony kolor oraz nieziemski, soczysty zapach. Na szczęście nie ma on wiele wspólnego z pomarańczą i cytryną, a kojarzy mi się ... z różową gumą Orbit. Normalnie pełnia szczęścia!

Rozsmarowuje się bezproblemowo, wchłania błyskawicznie. Od razu wyraźnie napina i ujędrnia skórę. Właśnie to napinanie w połączeniu z rewelacyjnym zapachem najbardziej mnie urzekło. Ten mały słoiczek zużywałam z ogromnym pietyzmem i myślałam, że się zapłaczę wygrzebując resztki. Trudno mi mówić o faktycznym działaniu na cellulit, bo 50 ml produktu starczyło tylko na kilka aplikacji, więc długotrwałych efektów nie mogę ocenić. Doraźne działanie zachwyciło mnie jednak na tyle, że bardzo chciałabym wypróbować pełnowymiarowe opakowanie. Niestety masło z serii Yerba Mate to produkt przeznaczony dla salonów Spa i nie spotkałam go w sprzedaży. Cena wysoka, ale byłabym skłonna wydać nawet tyle na ten kosmetyk, bo naprawdę jestem nim oczarowana.




Otrzymałam miniaturki w zastępczych/miniaturowych opakowaniach, na których nie został wydrukowany skład INCI. Napisałam w tej sprawie do firmy i poprosiłam o przesłanie składów. W odpowiedzi otrzymałam sympatyczny e-mail wraz ze skanami etykiet, które opublikowałam w tym poście. Wielki plus dla The Secret Soap Store za podejście do klienta!

niedziela, 5 sierpnia 2012

Pianka myjąca do twarzy i oczu Lirene Design Your Style 20+


Piankę otrzymałam od marki Lirene na zjeździe blogerek w Warszawie. Przyznam, że wcześniej nie używałam żadnej pianki do oczyszczania i demakijażu twarzy, więc chętnie zabrałam się za testy.

Najpierw obietnice producenta:

Wyrafinowane oczyszczanie: miękka jak puszek bawełny, piankowa konsystencja to niezwykła przyjemność dla skóry twarzy. Składniki oczyszczające i pielęgnujące zapewnią skuteczny demakijaż, odpowiedni poziom nawilżenia i ochrony.

 


Podstawa skuteczności:
• olejek bawełniany  - odżywia, zmiękcza i odbudowuje naturalną warstwę lipidową
• wyciąg ze słonecznika - zabezpiecza skórę przed szkodliwym działaniem wolnych rodników
• gliceryna - nawilża głębokie warstwy naskórka
Widoczny efekt:
oczyszczona i odświeżona skóra

Idealna formuła dla:
kobiet po 20 roku życia; dla każdego rodzaju cery





Cena: ok. 16 zł

Pojemność: 150 ml


źródło: www.lirene.pl



Do oczyszczania i demakijażu twarzy używam głównie dwóch produktów - płynu micelarnego (na blogu recenzowałam już kilka m.in. Eveline, Yves Rocher, Ziaja) oraz olejku hydrofilnego (tutaj recenzja olejku z Biochemii Urody). Poza tym rzadko skuszę się na inną formę oczyszczania, od dawna nie miałam żadnego żelu do twarzy czy specjalistycznego mydła. Pianka Lirene była więc dla mnie zupełną nowością w pielęgnacji.

Produkt wyglądem przypomina piankę do włosów, a nawet bardziej bitą śmietanę w sprayu. Do jednorazowego zastosowania kosmetyku wystarczy wstrząsnąć opakowaniem i delikatnie nacisnąć aplikator. Pianka wydostaje się z opakowania w zawrotnym tempie, więc trudno jest wycisnąć mniejszą ilość niż tę widoczną na zdjęciu.






Pianka jest błyskawiczna i przyjemna w użyciu. Wystarczy dosłownie dotknąć delikatnym "obłoczkiem" (konsystencja cudowna!) do twarzy i spłukać. Nie potrzeba pocierania i mydlenia jak przy produktach myjących typu żel czy mydło. Ogromna oszczędność czasu oraz wyraźna ulga dla skóry. 

Po zastosowaniu pianki buzia jest dokładnie oczyszczona i gładka. Mam cerę tłustą i problemową, nie każdy kosmetyk do oczyszczania sobie z nią radzi, ale pianka Lirene naprawdę spisuje się świetnie bez względu na to czy zmywam jedynie lekki brud czy kilka warstw podkładu i pudru. W żadnym wypadku nie podrażnia. Niestety odrobinę ściąga skórę, choć producent zapewnia że pianka zapobiega ściągnięciu i wysuszeniu twarzy. No właśnie, z tym wysuszeniem to też nie do końca się zgadza. Trudno, żeby produkt do oczyszczania miał nawilżać, bo tego oczywiście nie wymagam, ale pianka nie tylko ściąga, ale i odrobinę wysusza. Nie jest to dla mnie dużym problemem, bo mam dobre produkty do nawilżania m.in. hydrolaty (np. oczarowy) i kremy (moje ulubione DLA), jednak cery suche lub skłonne do przesuszeń mogą być rozczarowane. Nie wzmaga na szczęście przetłuszczania mojej problemowej cery, co bardzo sobie cenię.

Według producenta pianka jest przeznaczona także do demakijażu oczu. Faktycznie, kosmetyk usuwa makijaż i to całkiem skutecznie, jednak kiedy preparat dostanie się do oczu powoduje podrażnienie i szczypanie. Spróbowałam tylko raz i niestety o jeden raz za dużo.

Trudno jest oszacować, ile kosmetyku ubyło przez nieprzezroczyste opakowanie. Używam pianki od trzech miesięcy, raz na 1-2 dni i po wadze nie zauważyłam praktycznie ubytku! Mam wrażenie, że przy tym tempie zużywania będzie mi służyć około roku. Cena wysoka jak na produkt do demakijażu i oczyszczania (kojarzę, że inne pianki są jeszcze droższe), ale biorąc pod uwagę wydajność jest jak najbardziej odpowiednia.


Czy kupię ponownie? Trudno powiedzieć. Spisała się dużo lepiej niż się spodziewałam, jednak taka forma demakijażu nie do końca mi odpowiada. Konsystencja pianki nieodłącznie kojarzy mi się z goleniem i przyznam szczerze, że często czuję się niekomfortowo nakładając ją na twarz.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...