środa, 1 lutego 2012

Płukanka octowa z malin od Yves Rocher, czyli idealny gadżet dla włosomaniaczki


Jest o niej głośno odkąd się pojawiła. Nic dziwnego - zupełnie nowa seria, świetny design opakowania, chwytliwa nazwa. Jeśli jesteście ciekawe mojej opinii, to zapraszam do przeczytania tej recenzji.


Tyle od producenta:

Powrót do tradycyjnych metod pielęgnacji – płukanka octowa wydobywa naturalny połysk włosów, które lśnią nowym pięknem. Apetyczny owocowy zapach sprawia, że stosowanie płukanki staje się czystą przyjemnością. Do użycia przy ostatnim płukaniu włosów. Formuła bez parabenów. Testowana pod kontrolą dermatologiczną. Składniki pochodzenia roślinnego: certyfikowany francuski ocet winny.

Włosy mają więcej blasku: 78% (poziom satysfakcji: test przeprowadzony na 27 kobietach w ciągu 4 tygodni)

źródło: www.yves-rocher.com.pl

Skład: AQUA, ACETUM, PARFUM, PALMITAMIDOPROPYLTRIMONIUM CHLORIDE, CAPRYLYL/CAPRYL GLUCOSIDE, PROPYLENE GLYCOL, SALICYLIC ACID, AROMA, CETRIMONIUM CHLORIDE, ALCOHOL, CITRIC ACID, CI 14700, CI 17200, CI 42090.

Pojemność: 150 ml

Cena: 24,90 zł


Czytając opinie w internecie pośród wielu pochlebnych natknęłam się na skrajnie negatywne (np. nic nie robi z włosami, tylko je plącze). Wydaje mi się, że wynika to ze zbyt wygórowanych oczekiwań wobec tego produktu. Na pewno nie jest to preparat, który w cudowny sposób uzdrawia włosy, tylko miły dodatek do pielęgnacji. Nie zastąpi on silnej odżywki czy maski, a już na pewno nie uczyni z mocno zniszczonych włosów takich jak w reklamie.
Po pierwsze - ma przeboski zapach malin, który bardzo uprzyjemnia mój rytuał mycia włosów. Malinowo malinowy, a jednocześnie nie za słodki, bo przełamany lekko kwaśną nutą octu. Szkoda, że nie pozostaje dłużej na włosach.
Płukanka ma prosty skład, bo to zwyczajny ocet winny (hm, nie zwyczajny, tylko francuski :P) z wodą i kilkoma dodatkami. Odkąd jej używam zauważyłam pozytywny wpływ zakwaszania: włosy stały się bardziej lśniące, miękkie i lepiej się układają. Oczywiście takie efekty wymagają regularnego stosowania.
Kupując ten produkt liczyłam się z tym, że przy długości moich włosów starczy mi na góra dwa tygodnie. Tymczasem otwór w butelce jest malutki i można bardzo precyzyjnie dozować płukankę. Ja leję dosłownie odrobinę, wcieram we włosy, czekam ok. 2 min i spłukuję chłodną wodą, aby pozamykać łuski. Myję włosy codziennie lub co drugi dzień i prawie zawsze używam płukanki, a starcza mi ona na około 3 miesiące! Kończę właśnie trzecie opakowanie, a w kolejce już czeka następne.
Cena z kosmosu (24,90 zł) jak na taki produkt, jednak będę go regularnie kupować (na zabawę z wodą i octem winnym nie mam na codzień czasu). Bardzo podoba mi się design opakowania, które jest nie tylko ładne, ale poręczne i funkcjonalne. Na uwagę zasługuje szczególnie koreczek, który można łatwo odkręcać i zakręcać mokrymi rękami.


Dodałam kilka zakładek m.in. postowe plany, gdzie umieściłam to, o czym mogłabym pisać na blogu. Bardzo zależy mi na Waszych komentarzach. Dziękuję i pozdrawiam księżniczkowo :)

piątek, 27 stycznia 2012

Chaos - paleta matowych cieni od Sleek MakeUp

Chaos to jedyna paleta od Sleek MakeUp, która składa się tylko i wyłącznie z cieni matowych. Pigmentacja cieni jest znakomita, a to naprawdę rzadkie zjawisko, żeby matowe cienie były tak dobre jakościowo. Wyjątkiem jest tylko biały cień (pierwszy od lewej na dole), który jest niemal zupełnie niewidoczny.

Górny rząd od lewej:
- zgaszona, ciemna malina
- przybrudzona żółć, słabiej napigmentowana
- jasny, ciepły brąz
- 'wiewiórkowa', pomarańczowa rudość
- dość ciemny, zimny brąz
- smolista czerń

Światło dzienne:

Światło sztuczne:

Dolny rząd od lewej:
- biały, pigmentacja bardzo słaba
- czerwone wino, burgund
- turkus z większą ilością zielonych tonów, teal
- ciemna zieleń khaki, rewelacyjna pigmentacja
- atramentowy granat
- lazurowy turkus z większą ilością niebieskich tonów

Światło dzienne:
Światło sztuczne:
Szczerze mówiąc to nie bardzo lubię tę paletkę. Składa się z samych matów, a ja nieszczególnie przepadam za matowym efektem na powiekach. Poza tym kolorystyka jest taka ... smutna. Niby kolory intensywne, odważne, ale niemal wszystkie przybrudzone i przygaszone. Nie wiem za bardzo na jakie okazje można się nią malować. Na typowy dzienny makijaż kolory są za odważne, na imprezowe nie nadają się przez swoją matowość, na letnie, zwariowane makijaże są właśnie za smutne. Często sięgam po pojedyncze kolory z Chaosu, ale makijaże wykonane tylko tą paletą mnie nie porywają.
Na pewno wszystkim wielbicielom matów Chaos przypadnie do gustu. Ma same zalety - od rewelacyjnej pigmentacji zdecydowanej większości cieni, przez różnorodność kolorów, do zalet wszystkich sleekowych palet: pięknego opakowania z lusterkiem, świetnej trwałości, wygodnego cieniowania, niskiej ceny. W mój gust niestety nie trafia. Oczywiście nie znaczy to, że pozbędę się tej palety - w końcu sleekomaniaczka 'musi' mieć każdą.

czwartek, 26 stycznia 2012

Puder sypki do cery tłustej i trądzikowej polskiej firmy Jadwiga



Dzisiaj opowiem Wam o cudownej perełce mojej makijażowej kosmetyczki - naturalnym pudrze sypkim do cery tłustej i trądzikowej firmy Jadwiga.



Najpierw kilka słów ze strony producenta o firmie:


JADWIGA Instytut Kosmetyczno-Medyczny laboratorium bioodnowy powstał w 1967 roku, założony przez panią mgr Jadwigę Użyczyn Marszewską.
W okresie braku dostępu do dobrych kosmetyków w Polsce, Pani Jadwiga w swoim gabinecie usług kosmetycznych "kręciła" w moździerzu dla klientów kremy "babuni". Dzięki temu firma wprowadziła do produkcji kosmetyki zaakceptowane przez klientów, którzy w dalszym ciągu oczekiwali na kremy sporządzane według jej własnej receptury, także wówczas, gdy sklepowe półki zapełniły się już "firmowymi" produktami.
I tak w roku 1992 otworzyła laboratorium. W 1994 opatentowała zestaw preparatów kosmetycznych złuszczających do pielęgnacji skory, zwłaszcza skóry twarzy zwany Polskim Peelingiem Ziołowym JADWIGA.
Oprócz produkcji naturalnych, profesjonalnych kosmetyków oferuje wiele zabiegów firmowych. Posiada Placówkę Oświatowo-Szkoleniową, która jako pierwsza w Polsce, zaczęła kształcić kosmetyczki, co czyni bez przerwy do dzisiaj, dokształcając je również w każdej dziedzinie kosmetyki. Prowadzi kursy np.: makijażu permanentnego, zabiegi kwasami, Polskiego Peelingu Ziołowego JADWIGA. Wykonuje usługi z zakresu bioodnowy, kosmetyki, pielęgnacji twarzy, stóp, dłoni, paznokci i całego ciała. JADWIGA uczestniczy w każdym poważnym kongresie kosmetycznym, farmaceutycznym, dermatologicznym oraz w targach. Przyjmuje zaproszenia szkół i uczelni kosmetycznych w Polsce, gdzie prowadzi całodzienne Seminaria Zabiegów Firmowych JADWIGA.
Źródło: www.jadwiga.eu


A tyle o samym pudrze:
Działanie: maskujące, antybakteryjnie, matujące; pielęgnuje i odżywia skórę; chroni skórę przed wpływem szkodliwych czynników zewnętrznych; łagodzi podrażnienia, regeneruje.Pojemność: 30 g
Cena: od 16 zł (Allegro) do 27 zł (sklep internetowy Jadwigi)

Skład: Kaolin, Montmorillonite, Zinc Oxide.
Kaolin: bardzo delikatna glinka biała; zwęża pory, absorbuje sebum, nie wysusza skóry, działa łagodząco, wygładzająco, mineralizująco oraz poprawia koloryt. Bogata w minerały: krzem, glin, żelazo, potas, sód, magnez, wapń.
Montmorillonite: francuska glinka zielona polecana jest do cery tłustej, mieszanej, normalnej, która potrzebuje oczyszczenia i maksymalnej regeneracji, remineralizacji, odżywienia.
Zinc Oxide: naturalny filtr przeciwsłoneczny, który posiada właściwości antybakteryjne.


 Skład pudru jest doskonały, rzeczywiście naturalny. Tylko trzy składniki czysto mineralne, bez żadnych chemicznych wypełniaczy i zapychaczy. Na opakowanie muszę niestety ponarzekać. Jest eleganckie, czarne, błyszczące, ale ... zupełnie niepraktyczne. Nie można zabrać pudru do torebki, bo wieczko zaraz spada, a zawartość opakowania wysypuje. Plastikowe sitko przez które sypie się puder ma małe otworki, przez co trudno się go wydobywa (ja odwracam opakowanie do góry dnem i sypię puder do wieczka uderzając o jego brzeg). Dołączonej gąbeczki nie używam do nakładania pudru (w tej roli sprawdza się u mnie pędzel do podkładu i pudru mineralnego z Sephory) i w zasadzie wyrzucam ją zaraz po otwarciu każdego nowego pudełka.



Sam puder ma jasny, trochę ziemisty kolor, jednak chwilę po aplikacji idealnie stapia się z cerą. Co ciekawe, używam go zarówno latem na opalonej skórze, jak i zimą kiedy jestem bardziej blada i zawsze dopasowuje się do kolorytu, nie odcina, nie bieli. Naprawdę transparentny przez duże T. Jest całkiem dobrze zmielony, chociaż miałam już pudry bardziej miałkie. Nie ma zapachu.
Genialnie absorbuje sebum, matuje skórę na dobrych kilka godzin. Kiedyś miałam większe problemy ze świeceniem, teraz dzięki włożonemu wysiłkowi doprowadziłam ją do ładu (głównie za sprawą naturalnej pielęgnacji i kuracji kwasowych, ale o tym innym razem) i nie jest już tak kapryśna. Jednak jeszcze kilka lat temu jedynym pudrem, który radził sobie z matowaniem mojej cery był właśnie ten.
Nigdy nie zdarzyło się, żeby zapchał skórę. Wręcz przeciwnie - ma na nią dobroczynny wpływ. Wypryski dzięki niemu minimalnie się przysuszają, czuć, że skóra w nim oddycha - nawet jeśli nałożymy wiele grubych warstw pudru. Mojej wybitnie tłustej cery nigdy nie przesuszył, ale wydaje mi się że w przypadku innych cer mógłby i to nawet bardzo.
Stosowałam go w wielu kombinacjach: jako puder matujący nałożony tylko na nakremowaną twarz, wykończeniowy na tradycyjny podkład, primer pod podkłady mineralne (nie znalazłam nic lepszego w tej roli!), ostatnio też jako puder matujący nałożony na BB krem. W każdej konfiguracji rewelacyjnie matuje i przedłuża trwałość makijażu.
Puder jest bardzo wydajny, starcza na wiele miesięcy. Pojemność 30 g to naprawdę duża gramatura, jak na sypki puder. Cena także zachęcająca, czego nie można powiedzieć o dostępności produktu, bo nie spotkałam go jeszcze w żadnym sklepie stacjonarnym.
Jeśli masz cerę tłustą i trądzikową albo mieszaną z tendencją do wyprysków, potrzebujesz transparentnego pudru, który zmatuje Twoją cerę - wypróbuj koniecznie puder Jadwigi!
Sama nie wiem, ile zużyłam już opakowań tego pudru i ile jeszcze pustych przede mną.

 

Od razu zaznaczam, że nie mam żadnych korzyści z jego reklamowania, ani nikt z mojej rodziny nie pracuje w firmie Jadwiga :) Po prostu chciałam się podzielić moją kosmetyczną perełką, która rozwiązała mnóstwo problemów związanych z makijażem, może i Wam ułatwi życie.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Paleta Curacao z Caribbean Collection oraz pigmenty MAC


Na specjalne życzenie Nusi opowiem dziś więcej o palecie Sleek MakeUp z kolekcji Caribbean - Curacao. O samych cieniach Sleek pisałam już kilka dni temu w tym poście.
Wyjątkowo zachowała mi się plakietka z nazwami cieni.


Górny rząd od lewej:
- Tequila Sunrise: piękny odcień rdzawego, metalicznego pomarańczu
- Martini: perłowa, złamana kremem biel
- Blue Hawaian: lazurowy, matowy, jasny turkus;
- Bloody Mary: czysta, matowa czerwień
- Screwdriver: matowa żółć; ten i dwa poprzednie cienie nie są niestety dobrze napigmentowane
- Green Iguana: metaliczny turkus, wpadający w teal

Światło dzienne:
Światło sztuczne:

Dolny rząd od lewej:
- Apres Midori: metaliczna, trawiasta zieleń, "najwięcej zielonego w zieleni"
- Blue Lagoon: idealnie dobrana nazwa, lepiej nie opiszę tej matowej niebieskości
- Purple Haze: matowa śliwka węgierka
- Green Martini: ciemna, butelkowa, trochę zgniła zieleń ze złotymi drobinkami; najbardziej się osypuje
- Singapore Siling: metaliczny, ciemny i chłodny róż
- Espresso Martini: standardowa, matowa czerń, zwana w innych paletach Noir

Światło dzienne:Światło sztuczne:

I jeszcze kilka zdjęć tytułowej Curacao - wyspy leżącej na Karaibach (trzeba przyznać, że kolorystyka palety jak najbardziej odpowiada tym cudownym krajobrazom):

Kolaż zrobiony przeze mnie ze zdjęć ze strony www.curacao.com

Jeśli któraś z Was chciałaby kupić paletę Curacao ze względu na niespotykane maty: żółty i czerwony, to niestety trochę Was zmartwię. Jak już wspomniałam nie są najlepiej napigmentowane. Oczywiście naniesione na bazę wyglądają nie najgorzej, ale dopiero po kilku warstwach. Mam w swoich zbiorach cieniowych dwie odsypki pigmentów MAC (kupowałam od sprawdzonego sprzedawcy z allegro, mimo to nie mogę być pewna w 100% ich oryginalności): bardzo zbliżonych kolorystycznie do wspomnianych cieni Sleek:

Basic Red i Primary Yellow


Swatche nie wyszły mi najlepsze, ale musicie uwierzyć na słowo, że pigmentacja tych sypkich cieni jest lepsza niż Bloody Mary i Screwdriver od Sleeka. Absolutnie nie zniechęcam do zakupu Curacao, wręcz przeciwnie - to naprawdę piękna paleta. Niestety te cienie nie wyszły najlepsze.

Jeśli chodzi o MACa to polecam szczególnie Basic Red. To uniwersalny pigment, który wykorzystuję nie tylko w makijażu oczu. Nakładam go często pędzelkiem do ust Sephory (swoją drogą świetny jest!) na szminkę, by uzyskać bardziej czerwone tony lub na balsam Carmex/pomadkę ochronną, jeśli chcę mieć czystą czerwień na ustach.

Światło dzienne:
Światło sztuczne:

niedziela, 22 stycznia 2012

Good & Bad Girl - palety Sleek MakeUp


Moja przygoda z paletami Sleek zaczęła się dużo wcześniej niż internetowe bum na te cudeńka .
Na sesję zdjęciową po moim weselu malowała mnie wizażystka. Miała gigantyczny kufer pełen po brzegi kosmetyków najwyższej jakości, a do powiek głównie ogromne ilości pigmentów Mac. Pośród nich wypatrzyłam dwie czarne palety i podejrzałam nazwę Sleek, która niewiele mi wtedy mówiła. Do mojego makijażu użyła m.in. jednego z kolorów palety Sunset. Byłam oczarowana efektem, jaki stworzyła na moich powiekach. Po powrocie ze zdjęć poszperałam w internecie i znalazłam na e-bayu palety Sleek (na allegro było ich wtedy niewiele i w wysokich cenach). Zamówiłam:
No i przepadłam. Moje sleekomaniactwo zaowocowało później zakupami palet na allegro:
Cienie z palet Sleek są niezwykle trwałe, utrzymują się na bazie w niezmienionym stanie przez cały dzień i wieczór albo wieczór i noc. Genialnie się łączą, przenikają, cieniują tworząc niespotykane makijaże. Szczególnie ubóstwiam odcienie metaliczne.
Mają miękką konsystencję, w większości kremową lub kruchą. Często pylą się i kruszą w palecie, dlatego trzeba się z nimi bardzo delikatnie obchodzić. Zdarza się też, że się osypują, na szczęście tylko w trakcie wykonywania makijażu.
Plusy to także solidne wykonanie palety, prosty design, ogromne lusterko, dołączony aplikator (choć akurat używam do nakładania pędzelków) . Cena jak na taką jakość jest śmiesznie niska. Nie znalazłam do tej pory palety 12 cieni w cenie ok. 30 zł, która choć w połowie dorównywałaby jakością Sleek.

Dzisiaj więcej napiszę o dwóch paletach z moich zbiorów: Bad Girl oraz Good Girl.

Bad Girl to przede wszystkim ciemne odcienie: szarości, grafity, fiolety i granaty, ale także dwa jasne kolory. Matowe cienie są tylko 2, reszta jest metaliczna lub satynowa z widocznymi drobinkami. To świetna paleta do wykonania smokey eye, na wieczorne wyjścia i makijaż imprezowy. Kilka odcieni niestety mocno się osypuje, ale można sobie z tym poradzić.
Bad Girl wymaga ćwiczeń i opanowania, a odwdzięcza się odważnym i efektownym makijażem.

Teraz dokładniej opiszę kolory. Nie mam niestety plastikowej wkładki z nazwami kolorów (wyrzucam takie rzeczy od razu po zakupie, denerwuje mnie jak się plączą przy każdym otwieraniu palety). Musicie mi więc wybaczyć, że nie będę posługiwać się nazwami.

Górny rząd od lewej:
- perłowa biel, ale nie śnieżnobiała, raczej lekko kremowa; mimo jasnego odcienia jest świetnie napigmentowana
- jasny, perłowy, cielisty beż, trochę gorzej u niego z pigmentacją; świetny kolor pod łuk brwiowy
- metaliczna szarość wpadająca w srebro; najczęściej używany przeze mnie kolor - naprawdę świetny
- o ton ciemniejszy odcień od poprzedniego, nazwałabym go stalowym ze srebrnym połyskiem
- bardzo ciemny grafit, wpadający w czerń, także metaliczny
- matowa smolista czerń, charakterystyczna dla większości palet Sleek

Dolny rząd od lewej:
- ciemna, butelkowa zieleń z pięknym, metalicznym połyskiem
- o ton ciemniejszy odcień od poprzedniego - bardzo ciemna zieleń butelkowa, wpadająca w perłową czerń
- satynowy granat mieniący się delikatnie metalicznym fioletem, ciekawy kolor
- matowy, atramentowy granat; na oku nie wygląda u mnie najlepiej
- ciemny, głęboki, metaliczny fiolet; chyba najładniejszy kolor w całej palecie
- matowy odcień bordo-śliwki, trudny do nazwania; trzeba umiejętnie go nakładać, żeby nie stworzyć efektu podbitego oka

Tak prezentują się cienie Bad Girl w świetle dziennym:
A tak w sztucznym:
Good Girl to nie zakup spowodowany potrzebą posiadania tylu różowych odcieni, ale po prostu myśleniem: "Przecież to Sleek, muszę ją mieć". Nie należę do osób, które często malują się i ubierają na różowo (chociaż przyznaję, że ten kolor bardzo lubię, co zresztą widać po projekcie bloga) , ale czasem sięgam po odcienie z tej palety. Przyznaję, że trudno pomalować się nią tak, by nie wyglądać jak lalka Barbie, ale zapewniam że jest to możliwe.
Nie ma tu żadnego matowego cienia, to głównie wyraźne perły, ale także satynowe i połyskujące.

Górny rząd od lewej:
- bardzo jasny, perłowy, chłodny róż; na oku wygląda jak biały
- jasny, cielisty, perłowy róż; oba te odcienie nie są najlepiej napigmentowane
- chłodny, perłowy róż w odcieniu gumy balonowej
- w tonacji poprzedniego, ale ciemniejszy, połyskujący; taki odcień 100% Barbie
- ciemny róż, wpadający lekko w malinowy
- także ciemny różowy, ale tym razem bardziej w kolorystyce fuksji

Dolny rząd od lewej:
- ciepły róż w tonacji koralowej, mocno perłowy
- podobny do poprzedniego, jednak zawierający więcej czerwieni
- ciemny łososiowy, czy inaczej różowy oranż, także perłowy
- najbardziej pomarańczowy ze wszystkich odcieni, jednak nadal wpadający w różowy
- róż jasno-buraczany, ma dużo drobinek; ciekawy odcień
- najciemniejszy w palecie, satynowo-drobinkowy buraczany brąz

Good Girl w świetle dziennym:

... i sztucznym:
Jeśli jesteście zainteresowane swatchami innych palet Sleeka, to piszcie jakie Was interesują.

Jako bonus mój ukochany bronzer (brązer? nigdy nie wiem) z Sensique. Zapłaciłam za niego swego czasu zawrotną sumę ok. 3 złotych. Wiernie służył mi przez kilka lat, niestety ostatnio zaliczył upadek i tyle z niego zostało:

Tutaj krótka relacja zdjęciowa z jego ratowania. Pokruszyłam zawartość, zalałam alkoholem, odcisnęłam w chusteczkę i teraz schnie w spokoju.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Seria Trzech Herbat Yves Rocher


Dziś zamieszczę recenzje dwóch produktów Yves Rocher z nowej serii Trzech Herbat: płynu micelarnego i pianki do demakijażu.
Płyn micelarny do demakijażu z wyciągiem z Trzech Herbat
Kompleksowy demakijaż twarzy i oczu dzięki działaniu wody zawierającej micele (zmywające makijaż) połączony z efektem rewitalizującym. Wyjątkowa formuła 3 w 1, która dokładnie oczyszcza twarz z makijażu i wszelkich zanieczyszczeń. Nie podrażnia skóry. Polecany do wszystkich rodzajów cery.


Pojemność: 200 ml
Cena: 37 zł

źródło: www.yves-rocher.com.pl

Kilka miesięcy temu dostałam gratis miniaturkę płynu micelarnego przy zakupach wysyłkowych. Zużyłam bez większych zachwytów i raczej nie planowałam ponownego zakupu. Niedawno znów natrafiła się okazja i odebrałam ten płyn w pełnowymiarowej wersji, dzięki promocyjnemu mailingowi.
Oczyszcza nieźle, chociaż nie idealnie i nie zawsze przy pierwszym waciku. Trzeba przemyć twarz zwykle dwa razy i zużyć więcej płynu, dlatego jest mało wydajny. Zostawia na twarzy lepką powłoczkę, przez co zawsze muszę użyć po nim hydrolatu. Pachnie przyjemnie, trochę jak zielona herbata (chociaż może to siła sugestii opakowania).
U mnie płyn nie wywołał żadnych podrażnień. Z makijażem oczu o dziwo radził sobie dobrze, nawet lepiej niż niejeden płyn przeznaczony tylko do tego celu.
Używałam go głównie rano, przemywając twarz wacikiem. Za namową mojej kosmetyczki zrezygnowałam z porannego mycia twarzy wodą właśnie na rzecz płynów micelarnych. Zauważyłam dużą poprawę nawilżenia skóry, mniejszą skłonność do łojotoku i przesuszeń.
W cenie regularnej (37 zł!) jest za drogi, ale myślę że nawet w promocji się na niego nie skuszę, bo znam podobnie działające płyny za mniejszą cenę. Jednak kolejną darmową butelką na pewno nie pogardzę.


Pianka peelingująca do demakijażu z wyciągiem z Trzech Herbat

Delikatna konsystencja pianki z drobinkami peelingującymi, polecana przy skórze mieszanej i tłustej - codziennie; przy innych rodzajach skóry - okazjonalnie. Rezultat: dokładny demakijaż, błyskawicznie oczyszczona i wygładzona skóra, rozświetlona cera.



Pojemność: 150 ml
Cena: 32 zł
źródło: www.yves-rocher.com.pl

Kupiłam tę piankę jak tylko pojawiła się seria Trzech Herbat w Yves Rocher. Kiedyś używałam produktu o podobnym działaniu z serii Inositol, był to krem do mycia twarzy. Byłam z niego bardzo zadowolona, dlatego sięgnęłam po ten z nowej serii.
Konsystencja nie jest piankowa, to taki "napompowany" krem z zatopionymi wieloma drobinkami, przypominającymi ziarenka maku. Potrzeba naprawdę odrobinę, by oczyścić całą twarz z makijażu i brudu. Używałam pianki przez ponad cztery miesiące codziennie, więc wydajność tego produktu jest naprawdę godna pochwały.
Oczyszcza rewelacyjnie, lekko ściąga skórę, nie wysusza. Zmywa świetnie makijaż, cały podkład, brud i tłuszcz. Niestety nie nadaje się do oczu (producent zaleca omijanie ich okolic) o czym wielokrotnie się przekonałam, kiedy preparat przez przypadek dostał się do oczu: potwornie mnie szczypały i były zaczerwienione. Szkoda, że pianka nie jest produktem uniwersalnym do demakijażu, także oczu.
Efekt peelingu delikatny, ale odczuwalny. Można bez obaw stosować ją codziennie.
Tuba bardzo wygodna i higieniczna, plus także za jej przezroczystość. Cena wysoka (32 zł), ale na szczęście można kupić w promocji. Przy takiej wydajności warto się jednak skusić.

niedziela, 15 stycznia 2012

Rolada serowa z farszem mięsno-pieczarkowo-paprykowym


Pierwszy raz jadłam podobną roladę na przyjęciu urodzinowym synka koleżanki. Wiele miesięcy później przypomniałam sobie o niej na weselu u kolegi, gdzie także została podana (choć nieco w innej wersji). Mój mąż tak się nią zajadał, że znikały wokół nas wszystkie porcje. Postanowiłam kiedyś spróbować ją zrobić, no i wreszcie udało mi się do tego zabrać. Wyszła przepyszna!





Składniki:
- 40 dag sera żółtego
- 4 jajka
- 4 łyżki majonezu (może być light)
- 25 dag mięsa mielonego
- czerwona papryka
- 20 dag pieczarek
- bazylia
- pieprz do smaku
- odrobina oliwy

Potrzebne akcesoria:
patelnia, blacha, papier do pieczenia, tarka

Ilość porcji: ok. 15
Koszt potrawy: ok. 18 zł
Cena za porcję: 1,20 zł
Trudność: Średnio trudne
Czas przygotowania: 10 min
Czas pieczenia: ok. 60 minut

Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni. Ser żółty ścieramy na tarce o dużych oczkach. W miseczce mieszamy rozbełtane jajka, starty ser i majonez. Blachę wykładamy papierem do pieczenia tak, by brzegi blachy także były zakryte. Wylewamy na papier serowo-jajeczną masę, wstawiamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy około pół godziny.

Podczas pieczenia serowego omleta przygotowujemy farsz. Kroimy w niedużą kostkę pieczarki i paprykę. Na patelni podgrzewamy oliwę i wrzucamy na nią pieczarki. Ważne by smażyć pieczarki dość długo, aż wyparuje z nich cała woda (w przeciwnym razie woda wydostanie się do środka rolady). Na koniec łączymy surowe mięso mielone z papryką i ostudzonymi pieczarkami. Przyprawiamy farsz bazylią i pieprzem. Możemy oczywiście użyć innych przypraw według upodobania, jednak nie dodajemy soli.

Na ciepły, upieczony serowy omlet wykładamy farsz. Następnie zwijamy ciasno w roladę zaczynając od krótszej strony blachy. Układamy roladę połączeniem do dołu i ponownie wkładamy do piekarnika na około pół godziny. Po tym czasie wyciągamy ją pięknie zarumienioną. Czekamy aż rolada wystygnie, kroimy ostrym nożem w plastry. Podajemy porcje na zimno lub podgrzane na patelni, w piekarniku czy mikrofali.

Uwaga! Nie kroimy rolady tuż po upieczeniu - rozpada się i smak nie jest w pełni satysfakcjonujący. Kiedy wystygnie łatwo ją równo pokroić, a farsz idealnie zespala się z omletem i smakuje wybornie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...