środa, 31 października 2012

Relacja z pokazu makijażu marki Kryolan w Warszawie



W miniony piątek, 26 października wybrałam się do Warszawy na pokaz makijażu Kryolan, który prowadził wizażysta marki - Dominik Cruz.

Spotkanie miało miejsce w hotelu Polonia Palace przy Alejach Jerozolimskich:



Pierwszym punktem programu było oczywiście powitanie gości oraz przybliżenie słuchaczom historii i asortymentu marki Kryolan. Następnie zaprezentowano serię Derma Color, która służy do kamuflowania defektów twarzy i ciała takich jak bielactwo, blizny, czerwone plamy na twarzy, tatuaże itp. Byłam zaszokowana jak idealnie można zakryć wszelkie defekty tylko przy pomocy korektorów! Modelka, na której wizażysta prezentował ten system miała bielactwo (plamy depigmentacyjne znajdowały się u niej wokół oczu i na szyi). Dominik Cruz mieszał nakładał kolejno na zmiany korektory żółty, beżowy, różowy, a następnie twarz pokrył podkładem.






W dalszej kolejności wizażysta wykonywał makijaże ślubne. Pierwszy z nich tzw. kalifornijski polegał na zaakcentowaniu oczu i zachowaniu świetlistości twarzy. Dominik świetnie podkreślił tym makijażem urodę modelki.






Kolejny makijaż ślubny został wykonany techniką air brush. Bardzo się cieszę, że po raz pierwszy mogłam zobaczyć na żywo jak prezentuje się samo urządzenie oraz sposób tworzenia makijażu. Przyznam szczerze, że chociaż cera modelki wyglądała niezwykle naturalnie i wręcz perfekcyjnie po wykonaniu make-upu, to jednak sam proces wydaje mi się zbyt pracochłonny, a przede wszystkim kosztowny: po każdym kolorze należy opłukać wnętrze specjalnym płynem, wyregulować odpowiednio powietrze, sprawdzać czy kolor odpowiada naszym oczekiwaniom itd. Na pewno nie nadaje się do użytku domowego, wprawnym wizażystom natomiast zwiększa możliwości, szczególnie przy makijażach fantazyjnych czy bodypaintingu. Przy makijażu ślubnym też wydaje mi się zbyteczny, tym bardziej że niektóre niedociągnięcia air brusha wizażysta poprawiał pędzlem.







Ostatni z zaprezentowanych makijaży ślubnych to efektowny make up panny młodej z krajów arabskich, który nastawiony jest na podkreślenie oczu. W trakcie tworzenia wydawał mi się zbyt odważny, lekko kiczowaty i (głównie przez sztuczne rzęsy z błyszczącymi dżetami) bardziej sylwestrowy niż ślubny, jednak kiedy Dominik Cruz zasłonił chustą twarz modelki pozostawiając odsłonięte oczy, zrobił na mnie ogromne wrażenie.










Po trzecim makijażu ślubnym miał zostać przedstawiony makijaż fotograficzny. Niestety zrezygnowano z tego punktu programu ze względu na ograniczenia czasowe. Szkoda, bo chyba właśnie tym makijażem byłam najbardziej zainteresowana. Dominik Cruz wykonał natomiast makijaż anime. Szczerze mówiąc spodziewałam się trochę lepszego efektu.










Ostatnia część pokazu to transformacje. Pierwszą z nich była transformacja kobiety w mężczyznę. Bardzo podobało mi się, kiedy wizażysta stopniowo wyostrzał rysy modelki ciemnoszarymi tonami, zagęścił brwi itd. Moim zdaniem dodanie na koniec sztucznej brody i wąsów nie było dobrym pomysłem. Tak naprawdę każda kobieta po przyklejeniu takich elementów będzie wyglądała męsko, nie trzeba być światowej sławy wizażystą, żeby w ten sposób uzyskać męską charakteryzację.








Transformacja mężczyzny w kobietę była znacznie bardziej pracochłonna. Dominik Cruz zaczął od kamuflażu zarostu, potem zakrył męskie brwi (to wymagało najwięcej wysiłku) i stworzył kobiece, wykonał makijaż oczu, ust, wymodelował twarz nadając miękkie kobiece rysy. Efekt według mnie był zaskakujący i jak najbardziej warty aż tylu zabiegów.















W przerwach między makijażami można było zapoznać się z produktami Kryolanu oraz poczęstować się kawą, herbatą, ciastkami, kanapeczkami.






Na pewno impreza miała kilka niedociągnięć m.in. było dość ciasno, catering jak na siedmiogodzinne spotkanie nie powalił. Poza tym najbardziej irytowała mnie chyba tłumaczka, która co chwilę gmerała mikrofonem i opuszczała go poniżej wysokości brody, co skutkowało bardzo słabą słyszalnością. Nie najlepiej była też przygotowana jeśli chodzi o branżowe słownictwo. Można też czepiać się, że niektóre makijaże mogły zostać wykonane lepiej. Wydaje mi się, że prowadzący Dominik Cruz ma dużo większe umiejętności niż te widoczne w makijażach, gdyż ograniczony był czasowo, niemal bez przerwy coś tłumaczył i odpowiadał na pytania, a przede wszystkim miał zapewne za zadanie pokazać pełny asortyment Kryolanu, a nie swoje zdolności.

Ze spotkania wyniosłam naprawdę dużo cennych wskazówek, porad i trików dotyczących produktów, sposobów nakładania, stosowanych narzędzi. Nie jestem wizażystką, o wizażu wiem tyle, co przeczytam na innych blogach czy portalach, więc taki pokaz okazał się dla mnie bardzo pouczający. Prowadzący był otwarty na pytania uczestników, cały czas się o nie domagał i wyczerpująco odpowiadał.

Każdy gość po spotkaniu otrzymał upominki od marki Kryolan:
- cień do powiek matowy Night blue
- tester Make Up Blend
- szminkę LC334



oraz dwa numery pisma Make Up - zagraniczne i polskie, które właśnie wznowiło swoją sprzedaż:




Zdążyłam już potestować nieco cień i szminkę. Cień jest świetnie napigmentowany, bardzo wygodnie się cieniuje i jest naprawdę trwały na powiece. Nie przepadam za granatowym matem, bo zazwyczaj wyglądam w takim cieniu jak ofiara przemocy domowej, ale muszę przyznać że z tym produktem się nawet polubiłam.




A tutaj swatche - po lewej z bazą, po prawej bez:




Jestem zachwycona szminką! W rzeczywistości wygląda na koralowo-pomarańczową, na ustach zmienia się w śliczny róż (jak gumy balonowej), a na zrobionym przeze mnie zdjęciu wyszła czerwona. Tak czy inaczej to jedna z lepszych szminek, jakie miałam okazję używać.




Nie wysusza ust, nadaje piękny kolor bez drobinek, dobrze kryje, przyjemnie ślizga się na wargach (nie jest sucha i tępa). No i oczywiście jest trwała, chociaż nie przebija trwałością mojej pomadki MACa.





poniedziałek, 22 października 2012

Płyny micelarne: Delia Dermo System vs Eveline Hydra Expert


Płyn micelarny to kosmetyk, z którym zaczynam każdy dzień. Używam go właśnie do porannego  przemywania twarzy, a czasem także jako produkt do demakijażu. Testowałam już wiele płynów, szczególnie polskich marek, wśród których mam kilku ulubieńców. Dzisiaj opiszę dwa płyny: Delia Dermo System, który dostałam w blogboxie oraz Eveline Hydra Expert (musiałam wypróbować).

W pierwszej kolejności recenzja płynu Delia. Najpierw opis producenta:

Bezzapachowy kosmetyk o nowoczesnej formule do łagodnego i dokładnego demakijażu oraz codziennej pielęgnacji oczu, twarzy i dekoltu. Oparty na łagodnych środkach powierzchniowo-czynnych wiążących nadmiar sebum, przywraca równowagę wodno-tłuszczową skóry.

Składniki aktywne
• ekstrakt z ryżu, pantenol i alantoina, dynamicznie wspomagają proces odnowy komórkowej, działają kojąco i łagodzą podrażnienia
• naturalna betaina, dzięki niezwykłym właściwościom wiązania wody, zapewnia optymalny poziom nawilżenia skóry, wpływając na poprawę jej elastyczności i jędrności. Niweluje efekt ściągnięcia skóry.





Pojemność: 210 ml

Cena: 7 zł



To niewątpliwie jeden z najtańszych, dostępnych na rynku płynów micelarnych, w promocji można go dostać nawet za ok. 6 zł. W dodatku ma nieco większą pojemność niż standardowa, bo 210 ml. Niestety dla mnie zalety kosmetyku na tym się kończą.

Bardzo mocno się pieni, nie tylko w butelce, ale też na waciku. Po wylaniu odrobiny na płatek kosmetyczny mam wrażenie jakbym potarła go przed chwilą mydłem. Resztki lekkiej pianki pozostają też po użyciu na twarzy, co powoduje u mnie dyskomfort. Konieczne jest więc zastosowanie toniku do usunięcia pozostałości po Delii. Absolutnie nie jest bezzapachowy, a delikatnie, trochę mydlano naperfumowany.

Jako poranny oczyszczacz twarzy radził sobie nie najgorzej - usuwał sebum i nocne zanieczyszczenia skóry, ale z demakijażem było już kiepsko. Trzeba użyć kilku płatków, by dobrze usunąć makijaż, który pod wpływem płynu wolno się rozpuszcza. Nie pielęgnuje jakoś szczególnie skóry, nie zauważyłam większego nawilżenia, ale też muszę przyznać, że nie ściąga skóry jak niektóre micele. Zupełnie odradzam stosowanie do oczu! Za każdym razem spowodował u mnie dotkliwe podrażnienia, szczypanie i łzawienie.



Wściekałam się też na zakręcaną butelkę, która jest bardzo niewygodna - traci się przez jej odkręcanie dużo czasu, co szczególnie w porannym pośpiechu ma dla mnie znaczenie. Chociaż płyn ma znacznie więcej wad niż zalet, to nie wykluczam jego zakupu w czasie finansowego kryzysu. Głównie używam tego typu kosmetyków do oczyszczania twarzy rano, a z tym jako tako sobie poradził (makijaż zmywam najczęściej olejkiem myjącym, a oczy płynem dwufazowym). Może po przelaniu do innego dozownika bardziej bym go polubiła. Odradzam jednak zakup w celu stosowania do demakijażu, a oczu w szczególności.


Drugi płyn to moje prawdziwe odkrycie, ale po kolei. Najpierw obietnice producenta:


Płyn micelarny do oczyszczania i demakijażu oczu, twarzy i szyi 3 w 1
Hipoalergiczny - nie zawiera kompozycji zapachowej.
Płyn micelarny dzięki lekkiej formule bogatej w składniki nawilżające i łagodzące daje uczucie natychmiastowego ukojenia skóry.

Micele – cząsteczki, które skutecznie usuwają zanieczyszczenia i makijaż (nawet wodoodporny) z powierzchni skóry. Ekstrakt z orchidei – jest naturalnym źródłem energii dla komórek skóry, zapewniając jej witalność, jędrność i blask. Kwas hialuronowy – silnie nawilżająca, naturalna substancja nadaje skórze miękkość, elastyczność i jedwabistą gładkość. Algi laminaria – sole mineralne zawarte w algach wzmacniają strukturę szkieletu skóry, czyniąc ją sprężystą i jędrną. Kompleks witamin A+E+F – głęboko odżywiają i regeneruje skórę, zapewniając jej elastyczność. D-pantenol – wpływa na prawidłowy proces regeneracji komórek skóry; działa łagodząco i przeciwzapalnie.



Pojemność: 200 ml

Cena: 10 zł



Miałam już kilka miceli od Eveline i z każdego byłam bardzo zadowolona. Podobnie, a nawet lepiej, jest z płynem z serii Hydra Expert.

Świetnie usuwa wszystkie zanieczyszczenia i sebum, a także bezbłędnie radzi sobie z makijażem. Nie trzeba używać stosu płatków, wystarczy parę ruchów i skóra jest absolutnie czysta. Nadaje się także do demakijażu oczu, bo w przeciwieństwie do płynu Delii nie powoduje podrażnień i łzawienia, a szybko rozpuszcza nawet kilka warstw cieni i tuszu. Nie sprawdzałam jedynie jak zmywa tusz wodoodporny.

Podczas stosowania płyn daje wyjątkowe uczucie odświeżenia (uwielbiam za to micele Eveline), wręcz lekkiego, przyjemnego mrowienia. Po wyschnięciu zostawia skórę trochę lepką, ale dla mnie to nie wada, bo i tak za chwilę nakładam krem lub używam hydrolatu. Nie powoduje uczucia ściągnięcia. Przy regularnym stosowaniu zauważyłam, że skóra jest dzięki niemu lepiej nawilżona, napięta i jędrna. Uważam, że w zupełności może zastąpić w pielęgnacji produkty takie jak tonik i mleczko do demakijażu.




Butelka smukła, estetyczna, nie zajmuje wiele miejsca na półce, a przy tym wygodnie otwiera się na zatrzask. Cena niewygórowana, wydajność standardowa. Myślę, że przy kolejnych zakupach płynu micelarnego wybiorę go ponownie z oferty Eveline. Polecam!



wtorek, 16 października 2012

Farmona Tutti Frutti: mus do ciała i olejek do kąpieli Melon & Arbuz









Seria Tutti Frutti Farmony cieszy się popularnością na rynku już od wielu lat. Do tej pory sama używałam też kilku produktów. Miło wspominam m. in. masło do ciała Liczi i Rambutan oraz mus do ciała Mango i Brzoskwinia, natomiast masło do ciała Karmel i Cynamon, które zawsze mam w zapasie na półce, jest moim prawdziwym hitem jesienno-zimowym.

W czerwcu na zjeździe blogerek otrzymałam od firmy Farmona aż 4 produkty z serii Tutti Frutti: mus, peeling, olejek oraz żel, wszystkie w wersji zapachowej Melon i Arbuz. Zdecydowanie to dla mnie najgorsza opcja zapachowa spośród dostępnych z Tutti Frutti. To dlatego, że dawno temu zużywałam wiele opakowań melonowej pianki do golenia Venus i okropnie zbrzydł mi ten aromat. Na pewno wielu osobom się spodoba, szczególnie lubiącym świeże, orzeźwiające, letnio-owocowe zapachy, ale dla mnie na dłuższą metę jest naprawdę męczący.

To tyle wstępu, teraz słowo od producenta o musie do ciała:

Mus do ciała Tutti Frutti zawiera fitoendorfiny- cząsteczki szczęścia, które wprowadzają w doskonały nastrój, stymulują pozytywną energię, radość i chęć do działania. Dzięki zawartości karite głęboko nawilża, odżywia i ujędrnia, sprawiając że ciało staje się zachwycająco miękkie, delikatne i jedwabiście gładkie. Owoce noni rosnące na bajecznych, przepełnionych słońcem wyspach Polinezji zwiększają wydzielanie endorfin, pozwalają cieszyć się wspaniałym nastrojem i pełnią szczęścia.


Cudownie lekki mus do ciała o wyjątkowych właściwościach pielęgnacyjnych i soczyście świeżym zapachu melona i arbuza. Oszałamiająca radość życia! Tak pachnie szczęście!

źródło: www.farmona.pl



mus_melon.jpg




Pojemność: 300 ml

Cena: 12 zł


Nazwa produktu nie najlepiej trafiona, może kosmetyk nie jest gęsty i tępawy jak typowe masło, ale tym bardziej nie jest "cudownie lekkim musem". Najbardziej przypomina mi nieco rozrzedzony budyń. Pamiętam, że kilka lat temu kupując pierwszy mój mus z tej serii (był to chyba Mango i Brzoskwinia) byłam zawiedziona konsystencją, bo spodziewałam się czegoś w stylu napompowanej, delikatnej pianki. Teraz jak najbardziej mi odpowiada.

Mus jest lekki, nietłusty, dobrze się rozprowadza (świetny efekt "poślizgu" przy smarowaniu), szybko wchłania, ma przyjemny, limonkowy kolor. Nie trzeba używać go w dużych ilościach, wystarczy naprawdę niewiele, by wysmarować całe ciało. Nie pozostawia też na skórze nieprzyjemnego, tłustego filmu. O zapachu już wspominałam, dodam tylko że jest wyjatkowo intensywny w tym produkcie i utrzymuje się na ciele przez wiele, wiele godzin i cały czas jest dokładnie taki sam jak w chwili aplikacji. Po użyciu zapach przenosi się na ubrania, więc często pachnie nim cała pidżama, a także pościel.




Nie mam przesuszonej skóry na ciele i wysokich wymagań jeśli chodzi o stopień nawilżenia, dlatego mus Farmony mi wystarcza. Skóra jest po nim gładka, dobrze nawilżona i pachnąca. Nie radzę tylko używać kosmetyku po depilacji - zafundowałam sobie przez niego porządne podrażnienia (nie wiem czy to kwestia jakiegoś składnika, czy zbyt silnej, sztucznej mieszanki zapachowej).

Najbardziej zadziwia mnie jego wydajność. Zawsze mam wrażenie, że smaruję i smaruję, a wcale go nie ubywa. Z pewnością to nie tylko zasługa znacznie większej pojemności (300 ml), ale przede wszystkim samego produktu. Przy nietrafionym zapachu jest to niestety męczące. Cena niewygórowana szczególnie biorąc pod uwagę dużą wydajność.

Opakowanie wygodne, można wykorzystać mus do samego końca, od nowości zabezpieczone jest folią ochronną. Design bardzo "apetyczny" i przyciągający uwagę. Na pewno jeszcze nie raz sięgnę po musy Farmony, ale nie w wersji melonowo-arbuzowej. Bleee.






Jako drugi produkt zrecenzuję olejek do kąpieli. Najpierw opis ze strony producenta:


Tutti Frutti Olejek do kąpieli Melon & Arbuz - pełnia szczęścia! zawiera fitoendorfiny
Wyjątkowo wydajny olejek do kąpieli z puszystą pianą i soczystym zapachem świeżych melonów i arbuzów. Oszałamiająca radość życia! Tak pachnie szczęście!
Olejek do kąpieli Tutti Frutti zawiera fitoendorfiny- cząsteczki szczęścia, które wprowadzają w doskonały nastrój, stymulują pozytywną energię, radość i chęć do działania. Owoce noni rosnące na bajecznych, przepełnionych słońcem wyspach Polinezji zwiększają wydzielanie endorfin, pozwalają cieszyć się wspaniałym nastrojem i pełnią szczęścia. Wyjątkowo lekka, puszysta piana zmysłowo otula ciało, a radośnie świeży, soczysty zapach pobudza i orzeźwia. Dzięki zawartości olejku z kokosów nie wysusza skóry, delikatnie ją nawilża i wygładza.

źródło: www.farmona.pl 




Pojemność: 500 ml

Cena: 12 zł


No cóż, ten "olejek" koło olejku nawet nie stał. To po prostu płyn do kapieli, może tylko nieco bardziej gęsty od typowego płynu.

Miałam do czynienia z wieloma olejkami, płynami i innymi umilaczami kąpieli, a ten nie wyróżnia sie wśród nich niczym szczególnym. Trzeba wlać kilka razy więcej niż 25 ml podane na opakowaniu, żeby zapach był w ogóle zauważalny, a mizerna piana jako tako widoczna. Niestety jest przez to niewydajny, bo starcza zaledwie na kilka kapieli.




Ma jaskrawozielony, optymistyczny kolor i konstystencję rozwodnionego żelu pod prysznic. Nie pielęgnuje skóry, ale też nie wysusza, o co obawiałam się po pobieżnym przejrzeniu składu. Podczas kąpieli z tym produktem nie czuję odprężenia, relaksu i tego całego szczęścia z rzeczonych endorfin. Może po prostu zapach nie trafia w mój gust i na tym polega cały problem.

Opakowanie zgrabne i poręczne mimo dużej pojemności, tak jak w przypadku musu ma przyjazny design. Dzięki przezroczystej butelce można też łatwo ocenić ilość płynu. Estetycznie nie pasuje mi jedynie metalowa zakrętka, chociaż jest szczelna, wygodna i łatwo ją odkręcić mokrymi rękami.


środa, 26 września 2012

Szampon Timotei Wymarzona Objętość z serii Jericho Rose



Produkty Timotei zdarzyło się pewnie wypróbować każdej z nas. Kiedyś będąc mniej świadomym konsumentem całkiem je lubiłam, jednak w miarę upływu czasu i wzrostu zainteresowania rynkiem kosmetycznym porzuciłam tę markę na dobre.

Okazuje się, że firma wyszła naprzeciw oczekiwaniom klienta i wprowadziła dwie ciekawie serie produktów: Organic Delight, a następnie Jericho Rose. Pierwsza mnie zaciekawiła, choć mój zapał ostudziły dość wysokie ceny, jednak na Jericho Rose się skusiłam. Wybrałam szampon 'Wymarzona objętość', gdyż jako jedyny z dostępnych wtedy w sklepie nie zawierał silikonów, których unikam od dłuższego czasu. Poza 'Wymarzoną Objętością' znajdziemy też inne serie np. 'Moc i Blask', 'Intensywna odbudowa' itd. a w nich zarówno szampony, odżywki, jak i produkty typu 2 w 1.


Słowo o szamponie od producenta:

Szampon Timotei `Wymarzona objętość` wzbogacony naturalnym ekstraktem z różowych grejpfrutów, pozwala na uzyskanie zachwycającej objętości i witalnego wyglądu Twoich włosów, zapewniając im naturalnie zdrowy wygląd!
Nowa przyjazna środowisku butelka! To opakowanie może być w pełni recyklingowane i jest wykonane z 7% mniej plastiku w porównaniu do poprzedniej butelki szamponu Timotei.




O ile o Organic Delight było w sieci trochę informacji, to kiedy w czerwcu kupiłam szampon Jericho Rose 'Wymarzona Objętość' internet na temat tej serii świecił pustkami. Teraz kampania reklamowa rozkręciła się na dobre.

Szampon jest rzadki, ma konsystencję rozwodnionego kisielu oraz półprzezroczysty, różowy kolor. Spodziewałam się zapachu grejpfruta (choć sam owoc uwielbiam, to w kosmetykach go wręcz nie znoszę - zawsze jest chemiczny i odświeżaczowy), ale na szczęście pachnie kwiatowo i orzeźwiająco, kojarzy mi się z jakimś szamponem ze starej wersji Herbal Essences, kiedy były jeszcze w przezroczystych butlach. Podczas mycia zapach jest bardzo intensywny, wypełnia całą łazienkę.




Oczyszcza bez zarzutu, ale nie aż tak, by włosy skrzypiały pod palcami. Jest delikatny, wyjątkowo dobrze się pieni. Piany podczas mycia jest tak dużo, że nawet przy moich włosach sięgających do połowy pleców, wystarcza tylko jednokrotne umycie. Wydaje się, że szampon zyskuje przez to na wydajności. Niestety, ubywa z opakowania nawet w szybszym tempie niż inne szampony przez swoją konsystencję - lejącego żelu.

Nie przedłuża świeżości włosów, przetłuszczają się standardowo, czyli potrzebują codziennego mycia. Nie plącze włosów jak typowe, ziołowe szampony o prostym składzie. Nazwa 'Wymarzona Objętość' jest moim zdaniem nieuzasadniona, bo nie zauważyłam zmiany w tej kwestii. Co prawda na naturalną objętość swoich włosów nie mogę narzekać, ale przy tym szamponie nie zyskuję jej dodatkowo. Myślę, że osoby, którym zależy właśnie na takim działaniu szamponu, mogą się nieco rozczarować.




Opakowanie rewelacyjne! Bardzo przyjemny design, lekka i zgrabna butelka (mimo dużej pojemności) oraz wygodne zamknięcie-klapka. Cena ok. 10 zł za 400 ml jest bardzo korzystna. Przez niewydajność produktu zużyłam go jednak szybciej niż 400 ml przeciętnego szamponu.

Ogólnie szampon jest niezły, ale niczym szczególnym się nie wyróżnia. Po obiecującym składzie spodziewałam się chyba lepszego działania.


czwartek, 13 września 2012

Róż Essence Miami Roller Girl - wyniki konkursu



Bardzo dziękuję wszystkim uczestnikom za udział w konkursie, w którym do wygrania był oczywiście nowy róż z edycji Miami Roller Girl firmy Essence. 
Wybór zwycięzcy był bardzo trudny, podobało mi się kilka odpowiedzi, ale ostatecznie róż poleci do 

onepartofme 

 

Gratuluję zwyciężczyni, za chwilę wyślę maila z informacją o wygranej.
Zapraszam na kolejne konkursy!

niedziela, 9 września 2012

Solny peeling wyszczuplający z czarną porzeczką i kofeiną Perfecta Spa od Dax Cosmetix


Kosmetyk, o którym mowa dzisiaj, dostałam na zjeździe blogerek w czerwcu. To moje pierwsze opakowanie peelingu solnego, do tej pory miałam do czynienia głównie z cukrowymi czy z syntetycznymi drobinkami. Zanim przedstawię swoją opinię, kilka słów od producenta:

Solny peeling do ciała o właściwościach złuszczających i wygładzających zawiera naturalne kryształki soli i drobinki suszonej czarnej porzeczki, które usuwając martwe komórki naskórka idealnie wygładzają powierzchnię skóry i niwelują wszelkie niedoskonałości. Kofeina przyspiesza spalanie tkanki tłuszczowej i działa antycellulitowo. Olejek z zielonej kawy regeneruje,poprawia elastyczność i łagodzi podrażnienia skóry. Peeling regulując mikrokrążenie, ujędrnia i odmładza skórę, a energetyzujący zapach czarnej porzeczki i grapefruita relaksuje i poprawia nastrój na cały dzień.

Skład: Paraffinum Liquidum, Sodium Chloride, Silica, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Ribes Nigrum Fruit, Parfum, Coffea Arabica Seed Extract, Caffeine, Sodium Propylparaben, D-Limonene, Hexyl Cinnamal, Linalool, Citral, CI 14720, Ci 42090.

Cena: ok. 20 zł

Pojemność: 225 ml

Ma dziwną konsystencję, zbija się w grudy soli, ciężko wydobywa się go ze słoika. Zapach mnie nie porwał, na początku był całkiem znośny, ale z czasem okazał się naprawdę męczący. To taka mieszanka intensywnych, chemicznych, cytrusowych nut a la grejpfrutowy płyn do zmywania naczyń i soli. Szkoda, bo buraczany kolor produktu sugeruje aromat czysto czarno-porzeczkowy, którego niestety nie uświadczymy.

Zdecydowanie nie jest to mocny zdzierak i fanki silnego złuszczania z pewnością nie będą nim zachwycone. Nakładany na suchą skórę rozprowadza się bardzo opornie, w dodatku częściowo się zsypuje. Drobinki soli są wtedy całkiem ostre i (przy niebywałej zręczności) można złuszczyć ciało w zadowalającym stopniu. Peeling nałożony na mokrą skórę rozprowadza się gładko, łatwo się ślizga (to taki parafinowy poślizg) i choć używa się go znacznie wygodniej i przyjemniej, to kryształki soli w kontakcie z wodą momentalnie się rozpuszczają. W efekcie peelingujemy się tylko nierozpuszczalnymi, czarnymi pesteczkami, których jest w produkcie mniej, a ich właściwości ścierające także pozostawiają wiele do życzenia (bardziej jest to masaż niż typowe złuszczanie). Peeling nakładany na mokro jest więc dużo mniej skuteczny.




Po kilkukrotnym użyciu peelingu na całe ciało stwierdziłam, że szkoda czasu na zabawę z tak słabym zdzierakiem, za to świetnie nadał się do złuszczania wrażliwych partii skóry jak dekolt i biust.

Obietnice wyszczuplenia w przypadku tego typu kosmetyku traktuję z przymrużeniem oka. Z peelingiem solnym Daxa nie możemy liczyć na dobre ścieranie, więc o wyszczuplaniu nie ma się już co rozwodzić i pastwić nad zapewnieniami producenta. Trzeba mu jednak przyznać, że nie pozostawia skóry wysuszonej, a lekko natłuszczoną. Jest to takie natłuszczenie jak po użyciu niewielkiej ilości oliwki dla dzieci na ciekłej parafinie np. Johnson&Johnson. Nie zmusza nas więc do używania balsamu czy masła do ciała.



Opakowanie estetyczne, od nowości zabezpieczone sreberkiem, można dzięki niemu zużyć kosmetyk do końca. Niestety używając pod prysznicem trzeba je co chwilę zakręcać. Do słoika bardzo łatwo dostaje się woda (jeśli nie ze strumienia to z naszych dłoni), przez co sól się rozpuszcza, a peeling miejscowo zmienia kolor na nieco jaśniejszy.

Produkt nie należy do tanich kosmetyków, można kupić znacznie tańsze a skuteczniejsze, chociażby antycellulitowy peeling Lirene.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...